Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

Testimonials

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Sandro Rosell
FC Barcelona President

Dobrudża

  • Karina Stempel i najpiękniejsze jabłka Bukowiny

    We wrześniu minionego roku dzięki panom Józefowi Paraniacowi i Mircei Carstowi zobaczyłam Klimowce, wioskę Lipowanów*. A tam - cmentarz. Cmentarz z najpiękniejszymi jabłkami, jakie widziałam na Bukowinie.

    A potem, niedawno, trafiłam na wiersz Radu Vancu "geneza metaforei şi sensul amintirilor", który zaczyna się tak:

    "fata asta, despre care povesteşte Blaga că gusta prunele din cimitir
    ca să vadă dacă morţii care le-au hrănit erau buni sau răi"

    "dziewczyna, którą opisuje Blaga, jedząca śliwki z cmentarza,
    aby sprawdzić, czy zmarli, z których wyrosły, byli dobrzy czy źli"

    Te jabłka były wówczas bardzo kuszącym, ale zakazanym owocem. Tylu rzeczy się nie dowiedziałam! Lecz przecież ile życia, tyle poezji.

    Tekst i fot. Karina Stempel

    (Lipowanie to potomkowie starowierców, którzy w XVIII w. emigrowali na tereny ówczesnego Imperium Osmańskiego w efekcie reformy Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Według ostatniego spisu powszechnego z 2011 roku w całym kraju żyje ponad 20 tysięcy osób identyfikujących się z tą mniejszością etniczną, z czego większość zamieszkuje Dobrudżę - Redakcja).

  • Wyprawa w góry Măcin

    Góry Măcin są dość rzadko odwiedzane przez turystów – podczas majowej wyprawy i wchodzenia na Țuțuiatu spotkałem tylko parę turystów i jednego pasterza w towarzystwie setki kóz i kilku psów. W październiku, mimo pięknej pogody, w ciągu całodniowego marszu pasmem Culmea Pricopanului ciągnącego się między miejscowościami Măcin i Greci nie spotkałem nikogo. Z kolei podczas wyprawy w masyw Cozluc jedyną napotkaną osobą był pracownik parku

    Podczas jednego z wieczorów rumuńskich organizowanych przez zespół portalu „W Rumunii” usłyszałem zdanie, z którym nie sposób było mi się nie zgodzić: "Polacy dzielą się na dwa typy, tych, którzy Rumunię kochają i tych, którzy nigdy tam nie byli". Rumunię kocham od dobrych dwudziestu, choć marzenia o podróżach do tego kraju realizuję od niedawna. Dwukrotnie w 2017 r., w maju i w październiku, miałem okazję odwiedzić Góry Măcin (Munții Măcin). Wrażeniami z tych właśnie wypraw chciałbym podzielić się z wszystkimi fascynatami Rumunii lub po prostu osobami szukającymi nietypowych miejsc na wypoczynek blisko naszych granic. Munții Măcin mogą okazać się ciekawym pomysłem na urlop, ponieważ oferują zupełnie inne wrażenia niż pozostałe pasma górskie tej części Europy. Poza tym nie spotkamy tam tłumów turystów – Munții Măcin pozostają stosunkowo nieznane, nawet wśród mieszkańców Rumunii. Znajomy z Botoșani, które często wybiera się na górskie wycieczki, na informację, że odwiedziłem pasmo Măcin, stwierdził, że nigdy o nich nie słyszał. 

    Zacznijmy od kilku faktów naukowych. Góry Măcin są najstarszymi w górami w Rumunii i jednymi z najstarszych w Europie. Z powodu wielu milionów lat oddziaływania sił natury są mocno zerodowane i obecnie stosunkowo niskie. Ich najwyższy szczyt o wdzięcznej nazwie Țuțuiatu  liczy raptem 467 m n.p.m. Biorąc jednak pod uwagę, to, że wyrasta praktycznie z poziomu morza, można się porządnie zmęczyć, jeśli niesiemy ze sobą cały ekwipunek. Góry położone są w okręgu Tulcza, w Dobrudży, na prawym brzegu Dunaju, nieco na południe, południowy zachód od miejsca, gdzie zaczyna się Delta Dunaju.  Munții Măcin w ogóle nie przypominają swoja budową ani szatą roślinną tego co znane jest z pozostałych gór Rumunii. Nie znajdziemy tu monumentalnych, ciemnych lasów bukowych lub świerkowych albo soczystej zielenii gór Trascău. Zobaczymy za to użytkowany rolniczo step, z którego wyrastają góry pokryte od strony północno – wschodniej gęstym, choć niskim lasem, a od południowego – zachodu trawą i krzaczastymi zaroślami. Pogoda również odróżnia mocno Munții Măcin od pasm karpackich. Dobrudża położona w strefie klimatu kontynentalnego powita nas upałem w miesiącach letnich i zwykle deszczową zimą, dlatego też uważam, że najlepszy okres na wędrówkę po górach Măcin to wiosna, kiedy step pokrywa się zielenią i kwitnie lub też jesień, kiedy co prawda roślinność spalona jest na żółty i brązowy kolor, jednak nie jest już tak gorąco. Co ciekawe w ciągu kilku nocy spędzonych w okolicach miasteczek Măcin i Greci na początku października, nie natknąłem się ani razu na poranną rosę (choć noce były dość chłodne).

    Przygodę z Munții Măcin najlepiej zacząć w Gałaczu lub Braile, skąd możemy się przeprawić promem na prawy brzeg Dunaju, by po kilkunastu kilometrach osiągnąć miasteczko Măcin lub położoną nieco dalej wieś Greci, które są dobrymi punktami wypadowymi w góry. Obydwie wycieczki rozpoczynałem na dworcu kolejowym w Braile. Jak się okazało prom w tym mieście jest położony w dość znacznym oddaleniu od dworca, a komunikacji publicznej prowadzącej do niego brak. Nie pozostało nic innego niż wzięcie taksówki, która na szczęście nie powinna zrujnować naszego budżetu (koszt rzędu 10-12 lei). Sama przeprawa promowa jest czynna nawet w niedzielę wieczorem, a kosztuje 1,5 leja (dla pieszego). Warto podpytać kierowców czekających w kolejce na prom, czy nie jadą dalej niż do znajdującej się po drugiej stronie rzeki wsi Smardan. Nie powinno być najmniejszego problemu ze złapaniem stopa w tym dość sennym regionie Rumunii, gdzie infrastruktura i poziom usług publicznych nie stoją na najwyższym poziomie, więc mieszkańcy zdani są w dużej mierze na wzajemną pomoc. Jeśli tylko będzie taka możliwość najlepiej dostać się do wioski Greci położonej kilka kilometrów w bok od głównej drogi. We wsi znajduje się duży i nowoczesny punkt informacji Parku Narodowego Munții Măcinului. Warto go odwiedzić, że by zasięgnąć informacji u przemiłych pracowników Parku. Zdobyć mapę gór nie będzie jednak łatwo. Mi udało się pożyczyć ją u Pana Mateia, który prowadzi wynajem kwater turystycznych. W nowoczesnym Centrum Informacji Parku Narodowego można z kolei zobaczyć trójwymiarową makietę gór (ale już samej mapy nie udało mi się tam dostać). Makietę warto obfotografować i dopytać pracowników, gdzie są źródła wody pitnej – szczególnie jeśli wybierzemy się tam w lipcu lub sierpniu.

    Góry Măcin są dość rzadko odwiedzane przez turystów – podczas majowej wyprawy i wchodzenia na Țuțuiatu spotkałem tylko parę turystów i jednego pasterza w towarzystwie setki kóz i kilku psów. W październiku, mimo pięknej pogody, w ciągu całodniowego marszu pasmem Culmea Pricopanului ciągnącego się między miejscowościami Măcin i Greci nie spotkałem nikogo. Z kolei podczas wyprawy w masyw Cozluc jedyną napotkaną osobą był pracownik parku. Stąd warto wypatrywać miejsc gdzie można uzupełnić wodę, bo a nuż nam jej zabraknie i nie będzie nawet kogo poprosić o pomoc. Pozostając przy kwestiach bezpieczeństwa – pracownik parku, który swoją drogą zaliczył krótki staż w Puszczy Białowieskiej ostrzegał przed jednym ze szczytów, który o ile dobrze zrozumiałem nazywał Matką Węży – z powodu licznej obecności tych gadów właśnie w tym konkretnym miejscu. O dziwo nie spotkałem tam jednak żadnych węży, natomiast wcale nierzadko można napotkać na szlaku dziko żyjące żółwie. W przeciwieństwie do innych rumuńskich gór, tutaj nie zaliczymy „legendarnego” spotkania z wilkami lub niedźwiedziami – po prostu nie ma ich w Măcin. Natomiast jak wszędzie w Rumunii są obecne psy pasterskie – na szczęście nieco mniejsze i spokojniejsze niż w Karpatach – nie muszą wszak walczyć z dużymi drapieżnikami w obronie kóz lub owiec. Warto jednak mieć to na uwadze – w maju wpakowałem się nieopatrznie w stado kóz i nagle zza moich pleców dobiegło ujadanie kilku, niewidocznych wcześniej psów. Na takie okazje pomaga zwykle jakiś kij, którym możnaby się zamachnąć lub schylenie się po kamień. Zresztą zwykle wtedy pojawia się, zaalarmowany ujadaniem pasterz, który uspokoi swoje zwierzęta.

    Będąc w Greci mamy możliwość łatwego dostania się na najwyższy szczyt gór – Țuțuiatu w linii prostej położony jest może z 3 km od centrum wioski. Podejście prowadzi jednak dość krętą ścieżką, co znacząco wydłuża ta odległość. Kiedy szedłem tędy w maju na zmianę świeciło słońce i padał deszcz, więc szczyt osiągnąłem będąc kompletnie przemoczonym (pałatka chroniła przed deszczem, ale diablo się pod nią pociłem niosąc na plecach kilkanaście kilogramów). Co ciekawe niewiele brakowało, a nie zarejestrowałbym faktu wejścia na Țuțuiatu. Urządziłem sobie krótki odpoczynek przed ostatnim jak się wydawało podejściem na szczyt, oparłem się o jakiś kamień i podziwiałem widoki. W momencie, w którym ruszyłem dalej zauważyłem, że kamień przy którym odpoczywałem ma na sobie napis, mówiący, że jestem właśnie w najwyższym punkcie gór. Za szczytem teren się obniża i wchodzimy w gęsty las, który ciągnie się przez wiele kilometrów w kierunku klasztoru Cocoș i wstęgi Dunaju. Podczas majowej wyprawy nie dysponowałem jeszcze mapą i niestety po pewnym czasie musiałem wracać do Greci, ponieważ oznaczenie szlaku stało się coraz mniej czytelne i nie mogłem namierzyć źródła wody przy którym zamierzałem nocować.

    Z kolei na północny – zachód od wioski w kierunku miasteczka Măcin ciągnie się przez kilkanaście kilometrów pasmo niewysokich (200-370 m) górek zwane Culmea Pricopanului.. Wycieczka w tą część parku narodowego nie stanowi większego wyzwania dla naszej kondycji, ale warto zadbać o zapas wody. Jedyne źródełko jakie napotkałem znajdowało się już właściwie w Măcin, w okolicach klasztoru. Na trasie przemarszu można wypatrzyć tablice informacyjne z oznaczeniem szlaków i opisem okolicy, gdzie, co ważne można sprawdzić też gdzie znajduje się woda. Wędrówka trasą Culmea Pricopanului oferuje możliwość podziwiania oryginalnych formacji skalnych powstałych w wyniku erozji, a po wejściu na któreś z licznych wzniesień – płaskiej jak stół, bezdrzewnej powierzchni Dobrudży. Z Greci można się udać się też w kierunku południowo wschodnim na wycieczkę w masyw Cozluc pokryty gęstym lasem liściastym. Po drodze mija się Piatrele Mariei (Skały Marii) – kilka łysych pagórków o bardzo oryginalnym wyglądzie, który na myśl przywodzi zęby smoka i Copacul Bezergheanu – samotne drzewo, w którego cieniu można odpocząć po uzupełnieniu wody w pasterskiej studni. Szlak prowadzący przez Cozluc nie oferuje zapierających dech w piersiach widoków z uwagi na porastający masyw gęsty las, daje jednak możliwość obcowania z dzika przyrodą i odpoczynku w cieniu jeśli dopiekł nam skwar na odsłoniętych fragmentach gór.

    W samych miejscowościach Măcin i Greci nie ma wielu ciekawych rzeczy do oglądania. Właściwie to nie ma tam żadnych atrakcji. Z drugiej jednak strony nie spotkamy tam też żadnego jarmarcznego kiczu – ot takie nieco senne miejscowości, w których od czasu do czasu pojawia się jakiś turysta. Miejscem wartym odwiedzenia jest jednak z pewnością Punkt Informacji Parku Narodowego zlokalizowany na południowo wschodnim krańcu Greci, wraz ze znajdującym się tam mini muzeum etnograficznym. Jeśli chodzi o noclegi, to oczywiście jak w całej Rumunii nie ma problemów z obozowaniem na dziko – nawet w parku narodowym znajdują się wyznaczone na obozowiska miejsca. Z kolei szukanie pokoju najlepiej zacząć w sklepie spożywczym – ze znalezieniem kwatery również nie powinno być większego problemu. Ciekawym pomysłem byłoby zorganizowanie wycieczki rowerowej wokół gór – dyrekcja parku zadbała o wyznaczenie tras rowerowych, niestety w Greci nie działa żadna zorganizowana wypożyczalnia rowerów – jedyne co można postarać się zrobić, to namówić pracowników parku lub wynajmującego kwatery na wypożyczenie roweru. Wizytę w Górach Măcin można zakończyć na przykład zaopatrując się w wina lokalnej winnicy znajdującej się w miasteczku Măcin.

    Urok tych gór polega na tym, że niewielkim kosztem oferują bardzo oryginalne doznania i ciekawe widoki. Dotarcie do nich, a potem podróżowanie nie stanowi żadnego problemu. Mimo to nie spotkamy na szlakach tłumów turystów – co może dziwić  biorąc pod uwagę ich piękno i dostępność. Góry Măcin są doskonałym pomysłem na kilkudniowy wypad zarówno dla doświadczonych turystów górskich, jak i dla osób zaczynających z górami swoją przygodę. Wydają się być stworzone wręcz do podróżowania przez nie z dziećmi – moi znajomi z Bukaresztu „przerobili” praktycznie cały masyw wraz z czteroletnimi bliźniaczkami. Wiem, że praktycznie podczas każdej wizyty w Rumunii będę tam wracał myślami i będzie się we mnie rodziło pragnienie powrotu w te rejony.

    Autor, fot.: Piotr Przywojski

  • Z wizytą u starowierców w Jurilovce. Twierdza Argamum i Przylądek Doloșman

    Zapytany o miejsca warte odwiedzenia w Rumunii wymieniam praktycznie z miejsca, podobnie jak większość przewodników:  starówkę Braszowa i Sybina, malowane monastyry Bukowiny, kościoły obronne w Siedmiogrodzie, Góry Zachodniorumuńskie, Deltę Dunaju, trasę Tranfagarską i kilka jeszcze dość dobrze znanych miejsc. Po chwili łapię się jednak na tym, że ten katalog atrakcji każdy jest w stanie znaleźć dzięki wujkowi Google, a bazując na swoim doświadczeniu wartałoby opowiedzieć o nieco mniej znanych miejscach. Dziś chciałbym pochylić się nad pewną wioską położoną w Dobrudży, kilkanaście kilometrów od znanej Polakom, z książki A. Stasiuka, miejscowości Babadag (swoją drogą w lokalnym punkcie informacji turystycznej doskonale kojarzono „Jadąc do Babadag”). W te urokliwe rejony zawędrowałem w maju 2017 r., kiedy dobrudżański step był jeszcze zielony.

    Wracając jednak do wioski – nosi ona dość swojsko brzmiącą nazwę Jurilovca [wym. Żurilowka]. Sporo miejscowości w Rumunii ma słowiańskie nazwy, co jest pamiątką jeszcze po okresie wędrówki ludów i niezwykle skomplikowanej historii tej części świata, w tym jednak przypadku źródłosłów nazwy osady jest o wiele młodszy. Nadana została jej przez licznie zamieszkujących Jurilovcę Lipowian, czyli Rosjan wyznających stary ryt prawosławia. Jako osoby sprzeciwiające się reformom religijnym wdrażanym przez władze carskie, uciekali masowo przed prześladowaniami za granicę, lub na krańce rosyjskiego imperium. Wioski różnych odłamów staroobrzędowców można zatem zobaczyć w Estonii, w Polsce, na Kaukazie, w syberyjskiej tajdze, a nawet na Bałkanach. W Rumunii terenem ich osadnictwa jest Delta Dunaju i Dobrudża, miejsca gdzie w XVIII i XiX w. trudno było dostać się carskim siepaczom i generalnie pozostawały na uboczu zainteresowania czynników oficjalnych, rosyjskich lub osmańskich.

    Jurilovca jest całkiem sporą wioską z urokliwymi biało – niebieskimi domkami, całkiem ciekawą molenną (świątynią starowierców) i przystanią, z której można popłynąć w kierunku Gura Portiței, miejscowości wypoczynkowej położonej na mierzei oddzielającej Jezioro Razim od Morza Czarnego. Czymś, co przygnało mnie tutaj była jednak przede wszystkim możliwość zobaczenia pobliskich ruin starożytnego miasta Argamum (Orgame) położonego na przylądku Doloșman. Osada ta została założona w VII w. p.n.e. przez greckich kolonistów, a według legend miała być też jednym z punktów przystankowych wyprawy Argonautów po złote runo. W czasach rzymskich zbudowano tu fortecę, która strzegła szlaków żeglugi po Morzu Czarnym – Jezioro Razim, nad którym na klifie wznoszą się ruiny twierdzy, było kiedyś połączone z morzem.

    Pierwszą rzeczą jak spotkała mnie po osiągnięciu Jurilovki była rozmowa dwóch starszych pań tocząca się, a jakże, po rosyjsku. Uradowało mnie to niezmiernie, ponieważ ułatwiało wejście w interakcje międzyludzkie i po prostu dogadanie się. Po rumuńsku jestem w stanie dość sporo przekazać rozmówcy, ale miewam spore kłopoty ze zrozumieniem odpowiedzi. Rosyjski, którym posługuję się dość swobodnie jest z kolei prawie w ogóle nieznany w Rumunii. Jarzmo komunizmu miało w tym kraju inne oblicze niż u nas i rosyjski był rzadko uczony w szkołach, co było elementem reżyserowanej lub autentycznej niezależności od Wielkiego Brata. Na moje nieskładne zapytania „vorbiți-vă limba rusă?” [czy mówi Pan/Pani po rosyjsku?] zwykle otrzymywałem pełne politowania spojrzenia, względnie zakłopotany uśmiech lub najczęściej energiczne zaprzeczenia. Stąd rosyjski usłyszany na zakurzonej dobrudżańskiej uliczce sprawił mi taką radość. 

    Nie pozostało nic innego jak po szybkich  zakupach, odwiedzeniu molenny i pogawędce z babuszkami przepłukać gardło piwem i ruszyć zdobywać twierdzę. Na tą krótką zdawałoby się chwilę zatrzymałem się w Sailors Pub (przy „głównej drodze” zaraz obok tablicy informującej o ruinach Argamum). Chwila przerodziła się jednak w nieco dłuższą posiadówkę z jednym z pracowników baru pochodzącym z Mołdawii, z którym niezmiernie przyjemnie rozmawiało się o tym i owym w języku Puszkina. Zbliżało się południe i późnomajowe słońce ładnie przypiekało. Ruszyłem w siedmiokilometrowy marsz w kierunku twierdzy, nie mając wielkiej nadziei na złapanie stopa, ponieważ nieutwardzona droga do ruin nie prowadziła w żadne inne konkretne miejsce (zresztą w całej wiosce był znikomy ruch samochodowy). Okazało się jednak, że szczęśliwe zbiegi okoliczności towarzyszące mi w ciągu całej wyprawy do Rumunii (a raczej życzliwość mieszkańców tego kraju) znajdą kontynuację tego dnia. Obok mnie, z propozycją podwózki, zatrzymał się kierowca Dacii, który akurat tego konkretnego dnia miał ochotę zrobić kilka zdjęć jeziora i twierdzy. Dzięki jego uprzejmości zaoszczędziłem sobie kilku kilometrów – przejście się dobrudżańskim stepem nie zalicza się może do sportów wyczynowych, ale słońce naprawdę przypiekało mocno w czerep w którym szumiało piwo wypite z Vitaliyem. Kierowca, choć rodowity Rumun mówił po rosyjsku, francusku….i troszkę po polsku, ponieważ sporo czasu spędził pracując z naszymi rodakami we Francji.

    Po dojechaniu na miejsce i pierwszym zachłyśnięciu się pięknem Capul Doloșman usłyszałem pytanie, które trochę ostudziło entuzjazm związany z nocowaniem w pałatce w tak pieknych okolicznościach przyrody: A węży to się nie boisz? – pyta kierowca – Jakich  węży? – odpowiadam pytaniem na pytanie. No tych tutaj, popatrz! Jak się okazało w rzadko odwiedzanej, kamienistej okolicy twierdzy Argamum, w dużej ilości przebywają węże, czarne i mniej więcej długości ramienia dorosłego człowieka. Podobno niejadowite i o ile dobrze zrozumiałem idą od wody – czy oznacza to, że to jakiś wodny gatunek gada już nie dopytałem. Jest ich dość sporo wygrzewających się na kamieniach ruin, warto zatem mieć to na uwadze i na wszelki wypadek dysponować jakimś kijkiem do ich spędzania ze ścieżki (zresztą uciekają same kiedy tylko poczują drgania powodowane przez maszerującego, a kijaszek do bardzo przydatne narzędzie w trakcie podróżowania po Rumunii, głównie z uwagi na pieski, te pasterskie jak i dworcowe).

    Co do samych ruin twierdzy Orgame, tudzież Argamum – ta pierwsza nazwa jest starogrecka, ta druga już łacińska, z okresu rzymskiego – nie znajdziemy tam dobrze zachowanych murów, raczej same fundamenty. To co widać to obrysy budowli ze starożytności, lub co bardziej prawdopodobne z okresu panowania Bizancjum na tych terenach (początki średniowiecza). W Argamum nie ma żadnych oznaczeń, tablic, informacji dla turystów, rzadko można spotkać pojedynczych zwiedzających, więc poczucie obcowania z historią jest bardzo silne. Wpływa na to także odludność tego miejsca. Najbliższa wioska jest siedem kilometrów na zachód, po drodze mija się jedynie dwa pojedyncze domki (chyba jakaś stacja badawcza?), ale nie są one widoczne z samej twierdzy. Wokół jest tylko step, przed nami ogromna przestrzeń jeziora i klif na którym wznoszą się ruiny Argamum. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie pozostałości najprawdopodobniej wczesnochrześcijańskiego kościoła (architektura przełomu starożytności i średniowiecza to nie moja specjalność, ale układ tej budowli jest podobny do kościołów). Cisza, spokój i możliwość długiego kontemplowania toni jeziora Razim. Swoją drogą jego nazwa też wywodzi się od  Rosjan, a konkretnie od Stieńki Razina, przywódcy siedemnastowiecznego powstania przeciwko samodzierżawiu carskiemu. W zniekształconej formie wraz z Lipowianami nazwa ta dotarła nad Dunaj. W samym jeziorze śmiało można się kąpać, choć dno i „plaża” są raczej kamieniste. Herbata przygotowana na wodzie z jeziora też smakowała wybornie.

    Nockę spędziłem nie w samych ruinach, a nieco poniżej nich. Miałem spory problem z wbiciem śledzi od pałatki w podłoże, bo pod cienka warstwą ziemi było mnóstwo kamieni. W środku nocy, wyglądając przez otwór na rękę, swego rodzaju okno pałatki, miałem okazję zobaczyć najbardziej rozgwieżdżone niebo jakie do tej pory  widziałem – widać było nawet Drogę Mleczną – widok rzadko spotykany w naszym coraz bardziej zanieczyszczonym światłem świecie. Wrażenie było niesamowite, ponieważ niebo było całkowicie bezchmurne, a w promieniu co najmniej kilku kilometrów nie było żadnego źródła światła.

    Wczesnym rankiem czas było ruszać w dalszą drogę. Tym razem nie łapałem stopa – nikt zresztą nie jechał znad jeziora w kierunku Jurilovki o siódmej rano. W Sailors Pub zatrzymałem się na kawę i pogawędkę z Vitaliyem, sporządziłem tabliczkę autostopowicza mówiącą, że chcę się dostać do drogi 2Cantoane. Potem dalsza podróż w kierunku Siedmiogrodu, gdzie czekała radykalna zmiana pogody, ziąb, deszcz, marznące stopy i serdeczne przyjęcie u węgierskich bratanków podlane wyśmienitą palinką.

    Autor, fot.: Piotr Przywojski