Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

Testimonials

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Sandro Rosell
FC Barcelona President

Góry

  • Dwoje nastolatków zginęło w wyniku lawiny

    Do tragedii doszło w Masywie Retezat, jednym z najwyższych pasm rumuńskich Karpat. Obydwie ofiary mimo młodego wieku stały się legendami wspinaczki. Miały na koncie wiele rekordów w swojej kategorii wiekowej.

    Jedną z ofiar jest Dor Geta Popescu (14), która już w wieku dziesięciu lat zdobyła Ararat (5137 m.n.p.m.) jako najmłodsza osoba na świecie. Od tej pory ustaliła wiele innych rekordów. Miała na swoim koncie między innymi zdobycie sześciu spośród siedmiu najwyższych wulkanów na każdym kontynencie. Pobiła też rekord świata, kiedy w zeszłym roku wspięła się na wulkan Giluwe (4376 m.n.p.m.) w Papui - Nowej Gwinei. Tragiczny wypadek pokrzyżował jej plany zdobycia wszystkich najwyższych wulkanów, co do tej pory udało się zaledwie ośmiu osobom. Wraz z Popescu śmierć poniósł Eric Gulacs (13), który pobił między innymi rekord w swojej kategorii wiekowej podczas wspinaczki na Elbrus (5642 m.n.p.m.). Pięć osób, które zostały ranne w wyniku zejścia lawiny, zostały bezpiecznie przetransportowane do szpitala.

    Dor i Eric wspinali się wraz ze swoimi ojcami (rodzic Dor wciąż pozostaje w szpitalu), jednak w sobotę zdecydowali o powrocie ze względu na fatalne warunki atmosferyczne panujące w górach. W masywie Retezat zalega obecnie ponad metrowa warstwa śniegu, prędkość wiatru dochodzi zaś do 100 km/h. Ich ciała znaleziono w niedzielę. Prokuratura prowadzi obecnie dochodzenie, w wyniku którego postara się ustalić, jak dokładnie doszło do tragedii.

  • Najlepsze filmy o górach u stóp Karpat

    Alpin Film Festival, organizowany w rumuńskich górach Bucegi po raz trzeci, będzie okazją, by zobaczyć najciekawsze filmy o górach z całego świat. W dniach 27 lutego – 4 marca w Braszowie, Bușteni i Predealu odbędą się także wystawy i promocje książek. Nie zabraknie kina polskiego. Wstęp wolny

    W czasie, gdy polscy wspinacze od kilku tygodni próbują wspiąć się w Karakorum na ostatni niezdobyty nigdy zimą szczyt - ośmiotysięczny K2 (8611 m n.p.m.), Instytut Polski zabierze widzów festiwalu na filmową wyprawę do stóp tej fascynującej góry.

    Obsypany nagrodami na światowych festiwalach górskich film Elizy Kubarskiej pt. „K2. Dotknąć nieba” będzie można zobaczyć w sobotę 3 marca o godz. 16.00 w Centrum Kultury im. Aurel Stroe w Bușteni (bd. Libertății 93), w ramach Gali Rumuńskiego Alpinizmu. Nie jest on jednak typową opowieścią o dzielnych wspinaczach, którzy dzięki nadludzkiemu wysiłkowi pokonują swoje słabości i zdobywają najwyższe góry świata, co szczególnie zimą, gdy temperatura na 8 tys. metrów spada do -60 stopni Celsjusza, a wiatr przekracza 100 km na godzinę, jest specjalnością Polaków.

    Reżyserka zaprasza w nim na wyprawę czworo dorosłych ludzi, których rodzice - Dobrosława Midowicz-Wolf, znana jako „Mrówka”, Tadeusz Piotrowski i Julie Tullis - zginęli na K2 w najtragiczniejszym w historii zdobywania tej góry lecie 1986 roku.

    Co ich dzieci, czyli Łukasz Wolf, Hanna Piotrowska oraz Lindsay i Chris Tullis, zapamiętały z tamtych wydarzeń? Czy mają żal do swoich matek i ojców za to, że czasem góry były dla nich najważniejsze? Czy cena, którą ich rodzice zapłacili za swoją pasję jest zbyt wysoka? Czy uważają, że zawodowy wspinacz może mieć dzieci? To tylko niektóre pytania, na które reżyserka, sama również wspinaczka, szuka odpowiedzi. Zależy jej na nich tym bardziej, że w trakcie kręcenia filmu sama spodziewa się dziecka.

    Podróż do stóp K2 wraz z czwórką dorosłych już dzieci jest pełna sprzecznych emocji – od żalu aż do dumy. Kubarska unika prostych odpowiedzi, pokazuje piękno i niebezpieczeństwo związane ze wspinaczką w najwyższych górach świata i daje widzom przestrzeń, by pomyśleli nad tym, co dla nich jest w życiu ważne.

    Dzięki długim rozmowom ze swoimi bohaterami polskiej reżyserce udało się opowiedzieć o tym, czego nie widzimy ani w entuzjastycznych ani tragicznych relacjach z górskich wypraw – życiu rodzinnym wspinaczy i cenie ich pasji. 

    Film Elizy Kubarskiej został nagrodzony m.in. Vancouver International Mountain Film Festival (Canada, 2016 - Grand Prize), International Mountain Film Festival „Vertical” (Rusia, 2016 - Cel mai bun regizor, Cel mai bun film montan), Dutch Mountain Film Festival (Olanda, 2016 - Crossborder DMFF Award), Trento Film Festival (Italia, 2016 - Cel mai bun film montan) sau Graz Mountain Festival (Austria, 2015 - Alpin Camera in Gold).

    Instytut Polski w Bukareszcie jest partnerem III edycji Alpin Film Festiwalu. Pełen program wydarzenia można znaleźć na stronie organizatora.

    Źródło: Instytut Polski w Bukareszcie

    Fot. Torockó/Rimeta - Anna Łuczak

  • Rimetea i Góry Trascău

    Dla zainteresowanych Rumunią banalną oczywistością będzie wskazanie, że to magiczny kraj. A co jeśli powiem, że jest w Siedmiogrodzie taka wioska, w której cuda dzieją się codziennie? W jednej ze wsi położonych u podnóża Gór Trascău słońce wschodzi dzień w dzień dwa razy. Miejscowość położona jest w cieniu znajdujacej się na wschód od niej majestatycznej góry, która blokuje przez kilka godzin dziennie promienie słoneczne, choć wokół wszędzie jest jasno. Dopiero po dłuższej chwili od wschodu słońca znajduje się ono na tyle wysoko na widnokręgu by mieszkańcy wsi mogli pocieszyć sie nieco jego promieniami

    W maju 2017 r. udało mi się spalić nieco słońcem na brzegu Jeziora Razim w Dobrudży. Po kilku dniach spędzonych w tym gorącym zakątku Rumunii, gdzie można było spotkać osiedla rosyjskojęzycznych Lipowian, rzuciło mnie do Siedmiogrodu, w Góry Trascău. Stanowia one fragment Gór Zachodniorumuńskich (Apuseni). W rejony te przyciagnęła mnie robiaca ogromne wrażenie Seklerska Skała (Piatra Secuiului/Székelykő) górująca nad urokliwą wsią Rimetea. Trochę zdziwiłem się nazwą nawiązującą do Seklerów uważających sie za potomków Hunów – mieszkają oni bowiem duzo dalej na wschód, w wewnętrznym łuku Karpat. Jak się jednak okazało, w tej części Siedmiogrodu, w dwóch wioskach – Colțești i Rimetea większość ludności jest madziarskiego pochodzenia. Jest to o tyle ciekawe, że Apuseni przez wieki były bastionem transylwańskiej rumuńskości. To własnie tu, w oddaleniu od głównych traktów, w przepastnych lasach i jaskiniach ukrywali się rumuńscy powstańcy Horii i Avrama Iancu. Skąd zatem osiedla Węgrów? Prawdopodobnie przyciagnęła ich tu założona jeszcze w średniowieczu kopalnia złota, do obsługi której potrzeba było licznych rzemieślników, których raczej nie rekrutowano spośród wołoskich pasterzy. Ponadto osiedlali się tutaj Sasi i Szwabowie, a także inni przybysze z Europy Zachodniej, ktorych jednak nie było aż tak wielu i wtopili się w madziarskojęzyczną większość. Na marginesie można wspomnieć, że węgierska nazwa Rimetei to Torockó, a Colțești to Torockószentgyörgy. Warto zapamietać, bo mieszkańcy tej gminy są bardzo dumni ze swojej odrębności i swojego dziedzictwa. Są jednocześnie w wiekszości wyznawcami unitarianizmu, czym odróżniają się zarowno od prawosławnych Rumunów jak i od swoich katolickich pobratymców. 

    Do Colțești i Rimetei dotrzeć można np. busami jeżdżącymi spod dworca kolejowego w Aiud. Nie powinno być też problemu ze złapaniem autostopu. W interesujace mnie okolice dotarłem właśnie łącząć te dwa sposoby podróży. Najpierw sympatyczny chlopak gnał w deszczu swoim dostawczakiem przez budzące sie do życia Aiud, po to by dogonić swojego kolege, który chwilę wcześniej ruszył szkolnym autobusem zabrać dziatwę z Colțești i Rimetei do szkół, a potem, już na spokojnie załapałem się na wspomniany kurs szkolny. Szybko dotarłem do Colțești i na dzień dobry postanowiłem wypić kawę na stacji benzynowej. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że praktycznie wszyscy wokół będa porozumiewać się po węgiersku – co prawda uwagę powinny zwrócić madziarskie napisy, ale umysł bez kawy, po niewielkiej ilości snu nie funkcjonował zbyt dobrze. Na maleńkiej stacji benzynowej przy drodze do Rimetei wyrażona po rumuńsku prośba o kawę została zignorowana. Dopiero użycie jedynego znanego mi słowa po węgiersku (Lengyel – Polak) i wyraźne zaznaczenie, że nu vorbesc limba maghiară – nie mówię po węgiersku,  pozwoliło nawiązać bliższy kontakt.

    Sama Rimetea zachwyca swoją architekturą i schludnością. Większość budynków utrzymana jest w tym samym stylu – są murowane, pobielone i pokryte dachówką. Wieś żyje w dużej mierze z turystyki. Nie powinniśmy mieć problemu ze znalezieniem kwatery albo miejsca, w którym możemy coś przekąsić. Poza tym na tyłach cerkwi (wybudowanej w latach 20. raczej jako symbol rumuńskiego panowania niż dla realnej potrzeby wspólnoty prawoslawnej) jest calkiem spore muzeum etnograficzne pokazujace historię i kulturę tych terenów. Siłą rzeczy większość turystów odwiedzających to miejsce pochodzi z Węgier, ewentualnie z Niemiec, ale informacja dostepna jest też po angielsku. Najwspanialsze jednak w okolicy atrakcje zafundowala Matka Natura. Przede wszystkim wyrastająca na wysokość ponad 1100 m z płaskich pól,  monumentalna Seklerska Skała. Wygląda groźnie, szczególnie kiedy jej zbocza pokryte są mgłą. Podejście na szczyt jest strome ale nie powinno stanowić problemu. Kiedy dotrzemy na szczyt ukaże nam się panorama Rimetei i pasmo gór Trascău leżące po drugiej stronie wioski. Co ważne, szczyt leży bardzo blisko centrum wsi i powinniśmy być w stanie wejść na niego w ciągu półtorej godziny. Polecam następnie przejść się grzbietem Skały w kierunku południowym, po to by zejść do Colțești, gdzie w miejscowym barze można pokrzepić się pyszną i tanią palinką. Jak to często bywa, zejście z góry jest trudniejsze niż wejście na nią. Piatra Secuiului nie jest wysokim szczytem, ale dość stromym i skalistym, dlatego warto założyć porządne buty. Byłem świadkiem zejścia grupy studentów z Klużu – jedna z dziewczyn ubrana w adidasy była praktycznie znoszona przez kolegów, ponieważ nie była w stanie stawiać pewnie kroków w trudnym terenie.

    Poza tym w okolicy Colțești znajdziemy ruiny średniowiecznego zamku z końca XIII w., który został wzniesiony po niszczycielskich najazdach mongolskich. Znajduje się nieco na zachód od wioski. Dojście jest dobrze oznaczone i proste, nie popełniajcie tylko mojego błędu próbując skrócić sobie drogę i drapiąc się na stromy grzbiet wzgórza – ścieżka doprowadzi na szczyt może nieco dłuższą ale zdecydowanie wygodniejszą trasą. Z zamkowego wzgórza można podziwiać widok gór wokół, szczególnie zjawiskowo wygląda sylwetka Seklerskiej Skały i widoczny w oddali Cheile (Wąwóz) Vălișoarei.

    Kolejną propozycją na wycieczkę może być wyjście na czerwony szlak na zachód od Rimetei, który poprowadzi w góry i da możliwość zejścia do zamku w Colțești. jeśli wybierzecie tą trasę wiosną lub latem prawdopodobnie będziecie tonąć w soczystej zielenii krzewów, niezbyt wysokich drzew i mokrej trawy. Buty łatwo przemoczyć bo pada tutaj dość często, ale naprawdę warto. Teren nie jest jakoś mocno eksploatowany turystycznie i mamy okazję zatopić się w naturę. Gdzieniegdzie spomiędzy drzew przeziera widok na pola i łaki Rimetei i Colțești poprzedzielane posadzonymi rzadko drzewami. W jakiś niepojęty sposób przypomina to uprawy tarasowe z Azji. Kolejne wrażenie towarzyszące mi w tej wycieczce polegało na tym, że miałem wrażenie znalezienia sie na planie filmowym Jurrasic Park. Wokół soczysta zieleń, szczyty gór przykryte mgłą, czerwonawa ziemia i ani żywego ducha. Może przez tą atmosferę, albo po prostu z tego powodu, że szlak miejscami jest słabo oznaczony można się nieco pogubić. Ścieżki którymi sie poruszamy sa często zarośnięte trawą (może zmienia się to w szczycie sezonu), są momenty kiedy trzeba uważnie wybierać kierunek poruszania się. Zboczenie ze szlaku może być nieco bolesne, ponieważ rosnące wszędzie krzaki jeżyn drapią podczas próby przejścia na przełaj. Jeżeli bedziecie zainteresowani dłuższą wędrówka górską do wyboru jest jeszcze mnóstwo szlaków w okolicy. Ciekawym pomysłem może być np. pokonanie praktycznie całych Gór Trascău, z południa na północ, z okolic Jeziora Ighiel do Seklerskiej Skały. Przygoda ta oprócz podziwiania uroku gór pozwoli na zobaczenie kilku wąwozów, jaskiń i wodospadów. Zobaczymy też jak zmienia sie przestrzeń kulturowa – jak rumuńskie drewniane chaty z bardzo stromymi dachami krytymi strzechą, rozrzucone po wzgórzach,  zamieniają się w ciasno przylegajace do siebie murowane, bielone domki Węgrów. Niesamowityym wrażeniem musi być znalezienie sie w tych górach wczesną jesienią, kiedy liście zaczynaja zmieniać kolory. Podejrzewam, że intensywność i wysycenie barw może przyprawić każdego o szybsze bicie serca.

    Tekst/fot. Piotr Przywojski

  • Rumuńskie oznaczenia górskich szlaków

    Rumunia to raj dla miłośników górskich wypraw. Dlatego omówiliśmy stosowane tam oznaczenia, które różnią się nieco od tych znanych z Polski. Zawierają one szereg informacji istotnych podczas wypadów w góry.

    Podstawowe oznaczenia szlaków:

    - Czerwony, żółty niebieski pasek (u góry po lewej) - główne szlaki, z reguły prowadzące grzbietami.

    - Czerwony, żółty, niebieski krzyż (u góry po prawej) - skrzyżowania szlaków.

    - Czerwone i niebieskie kwadraty w białym polu (w środku, po lewej) - granice rezerwatów przyrody, gdzie należy poruszać się jedynie po szlakach.

    - Kolorowe koło lub trójkąt w białym polu (w środku, po prawej) - podrzędne szlaki, z reguły prowadzące w kierunku dolin.

    - Czerwone, żółte, niebieskie punkty w podwójnej otoczce (na dole, po lewej) - szlaki pozwalające na przejście pętli.

    - Czarno - żółta szachownica (na dole, w środku) - granica zagrożenia lawinowego.

    - Litera "C" na białym tle - trasy rowerowe

    Oznaczenia literowe (przy początkach tras):

    A - zagrożenie lawinowe (od "avalanșă")
    C - półki skalne (dosłownie: gzymsy, od "cornișe")
    D - trudności na trasie (od "dificultăți")

    H - Leśna droga
    M - trudności związane z warunkami atmosferycznymi (od "condiții meteo")
    O - trudności z orientacją w terenie (od "orientare dificilă")
    P - stromy i śliski szlak (od "pantă mare și alunecoasă")

    Na szlakach można też natrafić na dobrze znane z polskich gór tabliczki kierunkowe wraz z czasami wędrówek. Można z nich wyczytać ile trwać będzie wędrówka do danego miejsca bez zatrzymywania się. Czasami podawany jest też dłuższy czas przejścia, który należy brać pod uwagę przy niesprzyjających warunkach pogodowych.

    Źródło: www.eMunte.ro

    Grafika: www.ideipentruvacanta.ro

  • Salvamont - rumuńskie pogotowie górskie

    Dla wielu wędrowców sezon na góry trwa cały rok. Inni czekają na okres od maja do września, kiedy warunki są najkorzystniejsze. Każdemu, niezależnie od pory roku i doświadczenie, może jednak zdarzyć się wypadek lub zagubienie, więc przed wyruszeniem w trasę warto mieć w zanadrzu numer telefonu do Salvamontu - rumuńskiego odpowiednika GOPR-u.

    Asociația Națională a Salvatorilor Montani din România (Narodowe Stowarzyszenie Ratowników Górskich), albo po prostu Salvamont, to organizacja o długiej tradycji. Pierwsze na obecnym terytorium Rumunii stowarzyszenie zrzeszające ratowników górskich powstało w 1905 roku w Sybinie (Der Siebenbürgische Karpatenverein powstało w ówczesnym Hermannstadt, w austro-węgierskim Siedmiogrodzie). W okresie międzywojennym powstawały kolejne tego typu organizacje, będące wówczas oddolnymi inicjatywami miłośników gór.

    Dopiero w latach sześćdziesiątych, w związku z coraz większym zainteresowaniem rumuńskimi górami wśród turystów, zaczęto myśleć o stworzeniu organizacji z prawdziwego zdarzenia. Impulsem do jej powołania był zaś tragiczny wypadek z 1964 roku, kiedy to w wyniku lawiny w górach Bucegi zginęło dwoje młodych ludzi. Salvamont został powołany do życia w 1969 roku i po wielu przekształceniach istnieje do dzisiaj.

    Salvamont posiada około osiemdziesięciu lokalnych oddziałów (ich listę znaleźć można tutaj). Aby dodzwonić się do najbliższej grupy ratowników należy dzwonić pod numer 0725826668 (0-SALVAMONT, litery odpowiadają numerom w telefonie) lub pod telefon alarmowy 112.

    Fot. www.0salvamont.org

  • Wyprawa w góry Măcin

    Góry Măcin są dość rzadko odwiedzane przez turystów – podczas majowej wyprawy i wchodzenia na Țuțuiatu spotkałem tylko parę turystów i jednego pasterza w towarzystwie setki kóz i kilku psów. W październiku, mimo pięknej pogody, w ciągu całodniowego marszu pasmem Culmea Pricopanului ciągnącego się między miejscowościami Măcin i Greci nie spotkałem nikogo. Z kolei podczas wyprawy w masyw Cozluc jedyną napotkaną osobą był pracownik parku

    Podczas jednego z wieczorów rumuńskich organizowanych przez zespół portalu „W Rumunii” usłyszałem zdanie, z którym nie sposób było mi się nie zgodzić: "Polacy dzielą się na dwa typy, tych, którzy Rumunię kochają i tych, którzy nigdy tam nie byli". Rumunię kocham od dobrych dwudziestu, choć marzenia o podróżach do tego kraju realizuję od niedawna. Dwukrotnie w 2017 r., w maju i w październiku, miałem okazję odwiedzić Góry Măcin (Munții Măcin). Wrażeniami z tych właśnie wypraw chciałbym podzielić się z wszystkimi fascynatami Rumunii lub po prostu osobami szukającymi nietypowych miejsc na wypoczynek blisko naszych granic. Munții Măcin mogą okazać się ciekawym pomysłem na urlop, ponieważ oferują zupełnie inne wrażenia niż pozostałe pasma górskie tej części Europy. Poza tym nie spotkamy tam tłumów turystów – Munții Măcin pozostają stosunkowo nieznane, nawet wśród mieszkańców Rumunii. Znajomy z Botoșani, które często wybiera się na górskie wycieczki, na informację, że odwiedziłem pasmo Măcin, stwierdził, że nigdy o nich nie słyszał. 

    Zacznijmy od kilku faktów naukowych. Góry Măcin są najstarszymi w górami w Rumunii i jednymi z najstarszych w Europie. Z powodu wielu milionów lat oddziaływania sił natury są mocno zerodowane i obecnie stosunkowo niskie. Ich najwyższy szczyt o wdzięcznej nazwie Țuțuiatu  liczy raptem 467 m n.p.m. Biorąc jednak pod uwagę, to, że wyrasta praktycznie z poziomu morza, można się porządnie zmęczyć, jeśli niesiemy ze sobą cały ekwipunek. Góry położone są w okręgu Tulcza, w Dobrudży, na prawym brzegu Dunaju, nieco na południe, południowy zachód od miejsca, gdzie zaczyna się Delta Dunaju.  Munții Măcin w ogóle nie przypominają swoja budową ani szatą roślinną tego co znane jest z pozostałych gór Rumunii. Nie znajdziemy tu monumentalnych, ciemnych lasów bukowych lub świerkowych albo soczystej zielenii gór Trascău. Zobaczymy za to użytkowany rolniczo step, z którego wyrastają góry pokryte od strony północno – wschodniej gęstym, choć niskim lasem, a od południowego – zachodu trawą i krzaczastymi zaroślami. Pogoda również odróżnia mocno Munții Măcin od pasm karpackich. Dobrudża położona w strefie klimatu kontynentalnego powita nas upałem w miesiącach letnich i zwykle deszczową zimą, dlatego też uważam, że najlepszy okres na wędrówkę po górach Măcin to wiosna, kiedy step pokrywa się zielenią i kwitnie lub też jesień, kiedy co prawda roślinność spalona jest na żółty i brązowy kolor, jednak nie jest już tak gorąco. Co ciekawe w ciągu kilku nocy spędzonych w okolicach miasteczek Măcin i Greci na początku października, nie natknąłem się ani razu na poranną rosę (choć noce były dość chłodne).

    Przygodę z Munții Măcin najlepiej zacząć w Gałaczu lub Braile, skąd możemy się przeprawić promem na prawy brzeg Dunaju, by po kilkunastu kilometrach osiągnąć miasteczko Măcin lub położoną nieco dalej wieś Greci, które są dobrymi punktami wypadowymi w góry. Obydwie wycieczki rozpoczynałem na dworcu kolejowym w Braile. Jak się okazało prom w tym mieście jest położony w dość znacznym oddaleniu od dworca, a komunikacji publicznej prowadzącej do niego brak. Nie pozostało nic innego niż wzięcie taksówki, która na szczęście nie powinna zrujnować naszego budżetu (koszt rzędu 10-12 lei). Sama przeprawa promowa jest czynna nawet w niedzielę wieczorem, a kosztuje 1,5 leja (dla pieszego). Warto podpytać kierowców czekających w kolejce na prom, czy nie jadą dalej niż do znajdującej się po drugiej stronie rzeki wsi Smardan. Nie powinno być najmniejszego problemu ze złapaniem stopa w tym dość sennym regionie Rumunii, gdzie infrastruktura i poziom usług publicznych nie stoją na najwyższym poziomie, więc mieszkańcy zdani są w dużej mierze na wzajemną pomoc. Jeśli tylko będzie taka możliwość najlepiej dostać się do wioski Greci położonej kilka kilometrów w bok od głównej drogi. We wsi znajduje się duży i nowoczesny punkt informacji Parku Narodowego Munții Măcinului. Warto go odwiedzić, że by zasięgnąć informacji u przemiłych pracowników Parku. Zdobyć mapę gór nie będzie jednak łatwo. Mi udało się pożyczyć ją u Pana Mateia, który prowadzi wynajem kwater turystycznych. W nowoczesnym Centrum Informacji Parku Narodowego można z kolei zobaczyć trójwymiarową makietę gór (ale już samej mapy nie udało mi się tam dostać). Makietę warto obfotografować i dopytać pracowników, gdzie są źródła wody pitnej – szczególnie jeśli wybierzemy się tam w lipcu lub sierpniu.

    Góry Măcin są dość rzadko odwiedzane przez turystów – podczas majowej wyprawy i wchodzenia na Țuțuiatu spotkałem tylko parę turystów i jednego pasterza w towarzystwie setki kóz i kilku psów. W październiku, mimo pięknej pogody, w ciągu całodniowego marszu pasmem Culmea Pricopanului ciągnącego się między miejscowościami Măcin i Greci nie spotkałem nikogo. Z kolei podczas wyprawy w masyw Cozluc jedyną napotkaną osobą był pracownik parku. Stąd warto wypatrywać miejsc gdzie można uzupełnić wodę, bo a nuż nam jej zabraknie i nie będzie nawet kogo poprosić o pomoc. Pozostając przy kwestiach bezpieczeństwa – pracownik parku, który swoją drogą zaliczył krótki staż w Puszczy Białowieskiej ostrzegał przed jednym ze szczytów, który o ile dobrze zrozumiałem nazywał Matką Węży – z powodu licznej obecności tych gadów właśnie w tym konkretnym miejscu. O dziwo nie spotkałem tam jednak żadnych węży, natomiast wcale nierzadko można napotkać na szlaku dziko żyjące żółwie. W przeciwieństwie do innych rumuńskich gór, tutaj nie zaliczymy „legendarnego” spotkania z wilkami lub niedźwiedziami – po prostu nie ma ich w Măcin. Natomiast jak wszędzie w Rumunii są obecne psy pasterskie – na szczęście nieco mniejsze i spokojniejsze niż w Karpatach – nie muszą wszak walczyć z dużymi drapieżnikami w obronie kóz lub owiec. Warto jednak mieć to na uwadze – w maju wpakowałem się nieopatrznie w stado kóz i nagle zza moich pleców dobiegło ujadanie kilku, niewidocznych wcześniej psów. Na takie okazje pomaga zwykle jakiś kij, którym możnaby się zamachnąć lub schylenie się po kamień. Zresztą zwykle wtedy pojawia się, zaalarmowany ujadaniem pasterz, który uspokoi swoje zwierzęta.

    Będąc w Greci mamy możliwość łatwego dostania się na najwyższy szczyt gór – Țuțuiatu w linii prostej położony jest może z 3 km od centrum wioski. Podejście prowadzi jednak dość krętą ścieżką, co znacząco wydłuża ta odległość. Kiedy szedłem tędy w maju na zmianę świeciło słońce i padał deszcz, więc szczyt osiągnąłem będąc kompletnie przemoczonym (pałatka chroniła przed deszczem, ale diablo się pod nią pociłem niosąc na plecach kilkanaście kilogramów). Co ciekawe niewiele brakowało, a nie zarejestrowałbym faktu wejścia na Țuțuiatu. Urządziłem sobie krótki odpoczynek przed ostatnim jak się wydawało podejściem na szczyt, oparłem się o jakiś kamień i podziwiałem widoki. W momencie, w którym ruszyłem dalej zauważyłem, że kamień przy którym odpoczywałem ma na sobie napis, mówiący, że jestem właśnie w najwyższym punkcie gór. Za szczytem teren się obniża i wchodzimy w gęsty las, który ciągnie się przez wiele kilometrów w kierunku klasztoru Cocoș i wstęgi Dunaju. Podczas majowej wyprawy nie dysponowałem jeszcze mapą i niestety po pewnym czasie musiałem wracać do Greci, ponieważ oznaczenie szlaku stało się coraz mniej czytelne i nie mogłem namierzyć źródła wody przy którym zamierzałem nocować.

    Z kolei na północny – zachód od wioski w kierunku miasteczka Măcin ciągnie się przez kilkanaście kilometrów pasmo niewysokich (200-370 m) górek zwane Culmea Pricopanului.. Wycieczka w tą część parku narodowego nie stanowi większego wyzwania dla naszej kondycji, ale warto zadbać o zapas wody. Jedyne źródełko jakie napotkałem znajdowało się już właściwie w Măcin, w okolicach klasztoru. Na trasie przemarszu można wypatrzyć tablice informacyjne z oznaczeniem szlaków i opisem okolicy, gdzie, co ważne można sprawdzić też gdzie znajduje się woda. Wędrówka trasą Culmea Pricopanului oferuje możliwość podziwiania oryginalnych formacji skalnych powstałych w wyniku erozji, a po wejściu na któreś z licznych wzniesień – płaskiej jak stół, bezdrzewnej powierzchni Dobrudży. Z Greci można się udać się też w kierunku południowo wschodnim na wycieczkę w masyw Cozluc pokryty gęstym lasem liściastym. Po drodze mija się Piatrele Mariei (Skały Marii) – kilka łysych pagórków o bardzo oryginalnym wyglądzie, który na myśl przywodzi zęby smoka i Copacul Bezergheanu – samotne drzewo, w którego cieniu można odpocząć po uzupełnieniu wody w pasterskiej studni. Szlak prowadzący przez Cozluc nie oferuje zapierających dech w piersiach widoków z uwagi na porastający masyw gęsty las, daje jednak możliwość obcowania z dzika przyrodą i odpoczynku w cieniu jeśli dopiekł nam skwar na odsłoniętych fragmentach gór.

    W samych miejscowościach Măcin i Greci nie ma wielu ciekawych rzeczy do oglądania. Właściwie to nie ma tam żadnych atrakcji. Z drugiej jednak strony nie spotkamy tam też żadnego jarmarcznego kiczu – ot takie nieco senne miejscowości, w których od czasu do czasu pojawia się jakiś turysta. Miejscem wartym odwiedzenia jest jednak z pewnością Punkt Informacji Parku Narodowego zlokalizowany na południowo wschodnim krańcu Greci, wraz ze znajdującym się tam mini muzeum etnograficznym. Jeśli chodzi o noclegi, to oczywiście jak w całej Rumunii nie ma problemów z obozowaniem na dziko – nawet w parku narodowym znajdują się wyznaczone na obozowiska miejsca. Z kolei szukanie pokoju najlepiej zacząć w sklepie spożywczym – ze znalezieniem kwatery również nie powinno być większego problemu. Ciekawym pomysłem byłoby zorganizowanie wycieczki rowerowej wokół gór – dyrekcja parku zadbała o wyznaczenie tras rowerowych, niestety w Greci nie działa żadna zorganizowana wypożyczalnia rowerów – jedyne co można postarać się zrobić, to namówić pracowników parku lub wynajmującego kwatery na wypożyczenie roweru. Wizytę w Górach Măcin można zakończyć na przykład zaopatrując się w wina lokalnej winnicy znajdującej się w miasteczku Măcin.

    Urok tych gór polega na tym, że niewielkim kosztem oferują bardzo oryginalne doznania i ciekawe widoki. Dotarcie do nich, a potem podróżowanie nie stanowi żadnego problemu. Mimo to nie spotkamy na szlakach tłumów turystów – co może dziwić  biorąc pod uwagę ich piękno i dostępność. Góry Măcin są doskonałym pomysłem na kilkudniowy wypad zarówno dla doświadczonych turystów górskich, jak i dla osób zaczynających z górami swoją przygodę. Wydają się być stworzone wręcz do podróżowania przez nie z dziećmi – moi znajomi z Bukaresztu „przerobili” praktycznie cały masyw wraz z czteroletnimi bliźniaczkami. Wiem, że praktycznie podczas każdej wizyty w Rumunii będę tam wracał myślami i będzie się we mnie rodziło pragnienie powrotu w te rejony.

    Autor, fot.: Piotr Przywojski