Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

Testimonials

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Sandro Rosell
FC Barcelona President

Korupcja

  • 70 tysięcy osób żądało dymisji rządu

    Po dość spokojnym tygodniu w niedzielny wieczór antyrządowa manifestacja znowu wypełniła plac Victoriei w Bukareszcie. W skali kraju demonstrowało ponad sto tysięcy osób, które żądają dymisji gabinetu Sorina Grindeanu.

    Niewielkie grupki protestujących zbierały się już od godziny 16:00 lokalnego czasu. Z każdą godziną plac Victoriei wypełniał się jednak kolejnymi przeciwnikami rządu, sprzeciwiającymi się ostatnim decyzjom dotyczącym kodeksu karnego. O 21:00 protestowało już około 70 tysięcy osób. Wtedy też uczestnicy demonstracji podświetlili kolorowe kartki, tworząc gigantyczną trójkolorową flagę Rumunii. Mniejsze manifestacje odbyły się też m.in. w Klużu (14 tys. osób według digi24.ro), Sybinie (10 tys.), Timiszoarze i Jassach (po 3 tys. osób)

    Niedziela była trzynastym dniem protestów. Największe demonstracje odbyły się w miniony weekend, mimo wycofania się Sorina Grindeanu z decyzji o przyjęciu kontrowersyjnej ustawy dającej możliwość uniknięcia kary więzienia za przestępstwa korupcyjne. W międzyczasie do dymisji podał się minister rozwoju biznesu Florin Jianu i minister sprawiedliwości Florin Iordache.

    Fot. Dan Mihai Bălănescu

  • Afera korupcyjna na południu Rumunii. W tle polityka i... odśnieżanie

    Skarb państwa został narażony na straty rzędu 20 milionów euro i 30 milionów lei. Pieniądze miały być defraudowane poprzez ustawianie zamówień publicznych w okręgu administracyjnym Teleorman na południu Rumunii. Krajowy Urząd Antykorupcyjny rozpoczął już przesłuchania w tej sprawie. Rumuńskie media informują, że w sprawę może być zamieszany Liviu Dragnea - lider rządzącej Partii Socjaldemokratycznej (PSD)

    Prokuratura ogłosiła chęć zajęcia majątków osób zamieszanych w sprawę. Pieniądze mają posłużyć do pokrycia strat, jakie poniósł skarb państwa. Najpierw ich wina musi być jednak udowodniona podczas procesu. Póki co trwają przesłuchania ośmiu osób, wśród których jest między innymi Liviu Dragnea - lider rządzącej PSD, który w latach 2000 - 2012 pełnił funkcję przewodniczącego rady regionu Teleorman. Dragnea ma usłyszeć zarzuty nadużycia władzy, defraudację funduszy unijnych i kierowanie grupą przestępczą. Przesłuchiwany jest także Marian Fiscuci, były prezes firmy Tel Drum, która miała korzystać z korzystnych kontraktów.

    Liviu Dragnea w swoim stylu skomentował całą sprawę tłumacząc, że działania DNA (Direcția Națională Anticorupție; Krajowy Urząd Antykorupcyjny) mają na celu zakłócenie wprowadzanych przez rząd PSD-ALDE reform.

    Firma Tel Drum w sierpniu wygrała kolejny przetarg na odśnieżanie dróg w okręgu administracyjnym Teleorman podczas czterech najbliższych sezonów. Opiewa on na kwotę 35,5 miliona lei. Tylko podczas nadchodzącej zimy przedsiębiorstwo zrealizuje prawie sześćdziesiąt zleceń.

    Fot. Zdjęcie ilustracyjne

  • Afera reprywatyzacyjna w Timiszoarze

    Służby antykorupcyjne wszczęły śledztwo dotyczące ponad tysiąca mieszkań w ścisłym centrum Timiszoary. Zgodnie z ustawą lokale mogły być wykupione przez byłych właścicieli, jednak domy w atrakcyjnych lokalizacjach często trafiały w ręce spekulantów. Straty skarbu państwa są wyceniane na około 40 milionów euro.

    Zgodnie z prawem o wykup mieszkań mogły ubiegać się osoby, które posiadały podpisaną umowę najmu przed 25 stycznia 1996 roku. Miało to doprowadzić do sytuacji, w której dawni właściciele odzyskaliby utracone w wyniku nacjonalizacji nieruchomości. Na 968 przypadków wiele wzbudza jednak kontrowersje, gdyż przekazanie mieszkań miało odbywać się z naruszeniem prawa. Dwa tego typu przypadki wiąże się natomiast z obecnym merem Timiszoary, Nicolae Robu. Według Krajowej Dyrekcji Antykorupcyjnej (Direcția Națională Anticorupție) mieszkanie trafiło bowiem do osoby, która w momencie wejścia w życie ustawy nie mieszkała w lokalu, który został jej przekazany.

    Nicolae Robu stanowczo zaprzecza jednak zarzutom. W specjalnym oświadczeniu podkreślił, że nie ma nic wspólnego ze wzbudzającymi kontrowersje decyzjami reprywatyzacyjnymi. Uznał też ataki mediów za oburzające, gdyż przypisuje mu się udział w masowym procederze ze względu na jedną decyzję - którą zresztą uznał on za podjętą zgodnie z prawem. Wersję mera potwierdził też obecny właściciel domu, który odzyskał nieruchomość za kwotę około 8 tys. euro. W rozmowie z dziennikarzami portalu Digi24.ro stwierdził on, że wszystkie formalności zostały wykonane zgodnie z ówczesnym prawem.

    Wciąż nie wiadomo, ile spośród 968 transakcji zostało przeprowadzonych z naruszeniem przepisów. Z pewnością można jednak spodziewać się dalszych działań DNA, której przedstawiciele analizują wszystkie przypadki zwrotów nieruchomości w Timiszoarze. W mediach pojawiły się nawet doniesienia mówiące o powiązaniu ze sprawą premiera Sorina Grindeanu, który w latach 2008-2012 pełnił funkcję zastępcy mera miasta. Sam Grindeanu ocenił, że tego typu insynuacje są najgorszą z możliwych manipulacji i zaprzecza, jakoby brał udział w badanym przez służby procederze.

    Na zdjęciu: Mieszkania zwrócone dzięki decyzji mera Nicolae Robu. Źródło: Nicolae Robu

  • Antyrządowe protesty w Rumunii. Nawet 40 tysięcy osób na ulicach Bukaresztu

    Pierwsze protesty odbyły się w największych miastach Rumunii w środę. Wtedy w skali kraju na ulice wyszło jednak zaledwie kilka tysięcy osób. Zgodnie z zapowiedziami, w niedzielę wieczorem odbyły się zaś marsze, które pod względem liczebności były jednymi z największych manifestacji po upadku komunizmu. Powodem niepokojów były wątpliwości związane z amnestią, którą rząd zapowiedział dla więźniów odbywających wyroki za drobne przestępstwa. Oficjalnie chodzi o zwolnienie miejsca w mocno przepełnionych zakładach karnych, jednak wiele osób obawia się że na wolność wyjdą też politycy skazani za korupcję.

    Marsz rozpoczął się na placu Universității, gdzie w zgromadzeniu wziął udział prezydent Klaus Iohannis wywodzący się z narodowo-liberalnej partii PNL. Następnie uczestnicy skierowali się kolejno do siedzib obu partii koalicyjnych - PSD i ALDE. "PSD [Partia Socialdemokratyczna] - czerwona plaga", "Chcemy sprawiedliwości, nie korupcji" czy "W demokracji złodzieje siedzą w więzieniach" - to tylko niektóre z haseł, które pojawiały się w trakcie demonstracji.

    Mało kto spodziewał się aż takich tłumów. W samym Bukareszcie na ulicach protestowało bowiem wedle różnych szacunków od piętnastu do prawie czterdziestu tysięcy osób, zaś w dwa razy mniejszym Klużu od pięciu do dziesięciu tysięcy. Mniejsze manifestacje miały też miejsce w wielu innych miastach, jednak nie miały one aż tak masowego charakteru. Ostatnie tego typu protesty miały miejsce w 2013 roku, kiedy to ludzie wyrażali sprzeciw wobec planów budowy ogromnej kopalni w miejscowości Roșia Montană. Wtedy to w przeciągu kilku tygodni w protestach wzięło udział około dwustu tysięcy osób.

    Fot. Irina Barla

  • Budżet na 2017 rok uchwalony, ale opozycja chce dymisji rządu

    Przyjęta 7 lutego ustawa budżetowa zakłada 3-procentowy deficyt, co - jak mówi premier Grindeanu - ma być sygnałem dla zagranicznych inwestorów o stabilnej sytuacji w kraju. Dzisiaj do parlamentu wpłynął też jednak wniosek o wotum nieufności wobec rządu autorstwa partii opozycyjnych.

    Dzięki przychodom rzędu 255 mld lejów (wzrost o 31 mld względem ubiegłego roku) zwiększono m. in. nakłady na służbę zdrowia, edukację i opiekę społeczną. Wzrost nakładów na wydatki socjalne jest z jednej strony realizacją części wyborczych postulatów socjaldemokratów, z drugiej za ma zapewne uspokoić społeczeństwo. W Bukareszcie i innych miastach Rumunii codziennie wciąż odbywają się bowiem antyrządowe protesty. I choć są one pod względem liczebności zaledwie cieniem demonstracji z ubiegłego tygodnia, to nie należy się w najbliższym czasie spodziewać ich zakończenia.

    Za ustawą budżetową głosowało 208 posłów, a 105 było "przeciw". W środę wpłynął natomiast wniosek o wotum nieufności wobec obecnego rządu złożony przez przedstawicieli PNL i USR. Wstępnie poparcie dla uchwały zapowiedział Traian Băsescu - były prezydent, obecnie lider partii PMP. Węgrzy z UDMR wstrzymają się najpewniej od głosu. Autorzy projektu zachęcają do jego poparcia także "uczciwych ludzi z PSD i ALDE". Sorin Grindeanu nie obawia się jednak o swoją pozycję. Aby uchwała przeszła, potrzeba bowiem 233 głosów. Tymczasem autorzy projektu i ich sojusznicy mogą liczyć obecnie na 168 głosów poparcia.

    Po tym, jak Grindeanu zapowiedział odstąpienie od kontrowersyjnej ustawy dotyczącej korupcji, tłumy manifestantów wysunęły nowe żądania. W sobotę i niedzielę domagali się oni dymisji rządu. Obecnie protesty są mniej liczne, czemu sprzyja między innymi kolejny atak zimy.

  • Była minister skazana na sześć lat więzienia i ogromną grzywnę

    Chodzi o Elenę Udreę, w latach 2008-2012 minister rozwoju regionalnego i turystyki w rządzie Emila Boca (Partia Demokratyczno-Liberalne; PDL). Została ona skazana za liczne nadużycia oraz korupcję. Kara bezwzględnego pozbawienia wolności to jednak nie wszystko, gdyż Udrea prawdopodobnie będzie musiała też zapłacić ponad 8 mln RON tytułem zadośćuczynienia za wyrządzone szkody.

    Za przyjmowanie łapówek Udrea otrzymała wyrok pięciu lat, a nadużywanie władzy 6 lat. Według rumuńskiego prawa spędzi ona jednak w więzieniu tylko tyle lat, ile stanowi najwyższy zasądzony wyrok. Jest on o tyle surowy, że wiąże się też z zapłatą kwoty w wysokości 8 116 800 RON, co ma być zadośćuczynieniem za straty, jakich doznała Narodowa Agencja ds. turystyki (Autoritatea Naţională pentru Turism; ANT). Była minister była też oskarżana o defraudację środków unijnych, jednak w tej sprawie została ona uniewinniona.

    Wspomniana suma ośmiu milionów lejów została wydana na galę bokserską "Bute Gala", zorganizowaną w 2011 roku przez Rumuńską Federację Bokserską (Federației Române de Box; FRB), której prezesem był wtedy Rudel Obreja. Rzecz w tym, że pieniądze z ministerstwa trafiły wprost do zarządzanej przez niego spółki. Co więcej, suma ta była pierwotnie przeznaczona na promocję rumuńskiej turystyki. Za tę malwersację finansową Obreja usłyszał już wyrok pięciu lat pozbawienia wolności.

    Sama Udrea od początku trwania śledztwa twierdziła, że jest niewinna. Jednocześnie przed sąd trafiło jednak kilku jej byłych współpracowników, którzy przyznali się do winy otrzymując wyroki w zawieszeniu w wysokości od półtora roku do trzech lat. Co więcej, twierdzą oni, że pomagali jedynie byłej minister, która stała za wszystkimi omawianymi nadużyciami. Ogłoszony wyrok nie jest jeszcze prawomocny.

    Fot. Razvan Socol

  • Ciąg dalszy afery Tel Drum. Prokuratura zajęła majątek Liviu Dragnei

    Decyzja prokuratury to efekt prowadzonego śledztwa. W jego trakcie oskarżonych zostało osiem osób, którym postawiono między innymi zarzuty defraudacji funduszy unijnych, nadużycia władzy czy kierowania grupą przestępczą. Jednym z podejrzanych w sprawie jest lider PSD posiadającej większość w rządzącej krajem koalicji

    Prokuratorzy z Krajowego Urzędu Antykorupcyjnego (DNA) zabezpieczyli na poczet ewentualnych roszczeń majątek należący do podejrzanych, co zapowiadano już na początku śledztwa. Dotyczy to także Liviu Dragnei. Zajęto należące do niego nieruchomości zlokalizowane w Turnu Măgurele (okręg Teleorman) - działkę o powierzchni niemal trzech tysięcy metrów kwadratowych wraz ze znajdującym się tam budynkiem oraz mieszkanie o powierzchni osiemdziesięciu metrów kwadratowych. Prokuratorzy zabezpieczyli też dwa samochody (Skodę Superb i BMW X5) oraz aktywa o łącznej wartości niemal dwóch milionów lei.

    W przypadku udowodnienia podejrzanym winy, zabezpieczone majątki mają służyć pokryciu strat, na jakie narażony został skarb państwa. Łącznie mowa jest o sumie 20 milionów euro i 30 milionów lei. Pieniądze miały być defraudowane w okręgu administracyjnym Teleorman, kiedy Liviu Dragnea piastował tam urząd przewodniczącego okręgowej rady. Jak informują rumuńskie media, firma Tel Drum, której także dotyczy sprawa, nadal wygrywa przetargi w okręgu.

  • Efekt demonstracji - prezydent zapowiada referendum

    Prezydent Klaus Iohannis ogłosił, że w związku z kontrowersjami dotyczącymi forsowanej przez socjaldemokratyczny rząd ustawy o amnestii będzie się starał o rozpisanie referendum. Ocenił, że mieszkańcy Rumunii powinni mieć prawo do decyzji, w jakim kierunku będą zmierzały zmiany.

    Decyzja prezydenta to efekt masowych protestów, które miały miejsce w niedzielę w wielu rumuńskich miastach. Wedle różnych szacunków, w samym Bukareszcie na ulicach znalazło się od dwudziestu do nawet czterdziestu tysięcy osób przeciwnych obecnemu rządowi. Oficjalne pismo w sprawie organizacji referendum trafiło we wtorek rano do obu izb rumuńskiego parlamentu.

    Pomysł prezydenta spotkał się z falą krytyki ze strony rządzącej koalicji PSD-ALDE. Liviu Dragnea, lider socjalistów, oskarżył go wręcz o działanie przeciw woli wyborców i stwierdził, że Iohannisowi zależy jedynie na zwiększeniu popularności w obliczu klęski PNL w minionych wyborach, w wyniku których jego partia uzyskała niewiele ponad 20% głosów. Iohannis odniósł się do tych słów mówiąc, że zmiany w prawie karnym nie znalazły się w przedwyborczych zapowiedziach obecnego rządu i dlatego mieszkańcy kraju mają pełne prawo, aby móc o tym zadecydować.

    Ostre słowa to jednak nie koniec sporu. Liviu Dragnea ogłosił bowiem, że on także zamierza zorganizować referendum. Chciałby poruszyć w nim kwestię wpisania do konstytucji definicji tradycyjnej rodziny oraz zniesienia immunitetów dla posłów i prezydenta. Dragnea uważa bowiem, że politycy nie mogą stać ponad prawem. Tyle, że na nim samym ciąży już prawomocny wyrok za korupcję.

  • IKEA zamieszana w nielegalną wycinkę drzew w Rumunii?

    Takie oskarżenie opublikował portal Digi24.ro, powołując się na francuską telewizję France 2. Dziennikarze tej stacji przeprowadzili bowiem śledztwo, z którego wynika że firmy współpracujące z meblarskim gigantem ścinają drzewa w obszarach chronionych. Póki co IKEA nie zajęła oficjalnego stanowiska w sprawie działań swoich partnerów. Jeden z jej przedstawicieli, który wystąpił przed kamerami, wyraził jedynie przekonanie że wszystkie działania firmy odbywają się w sposób legalny.

    Śledztwo dziennikarzy z programu Cash Investigation zaczęło się od sprawdzenia danych dostawcy drewna, którego kod znajduje się na opakowaniach z meblami. Po przybyciu do Rumunii stwierdzili oni, że firma kłamie informując, że używa tylko drzew o niewielkiej średnicy. Na miejscu okazało się bowiem, że ciężarówki załadowane są ogromnymi pniami niewiadomego pochodzenia. Jest to zaś sprzeczne z polityką IKEI, która deklaruje działania w zgodzie z zasadami ochrony środowiska naturalnego. Dziennikarze spotkali się też z przedstawicielem korporacji w Szwecji. Przyznał on, że Rumuńskie lasy są piękne. Zastrzegł przy tym, że nie ma powodów do niepokoju:

    - Osobiście nigdy nie odwiedziłem tego zakładu. Jeżeli drewno pochodzi z legalnego źródła, bez wyrządzania szkód społecznych, niszczenia chronionych lasów, ani nie zawierają genetycznie modyfikowanych organizmów, jesteśmy zadowoleni. To bowiem odpowiada minimalnym wymaganiom IKEI - powiedział Mikhail Tarasov, dyrektor odpowiedzialny za pozyskiwanie drewna w IKEI, w wypowiedzi dla France 2 cytowanej przez portal Digi24.

    Rumuńscy aktywiści od lat zwracali uwagę na nielegalną wycinkę drzew w ich kraju, choć ich oskarżenia nie dotyczyły tej konkretnej firmy. Po nagłośnieniu sprawy przez media lokalny fanpage IKEI zapełnia się wpisami nawołującymi do odniesienia się do zaprezentowanych zarzutów.Póki co szwedzki koncern meblowy nie przedstawił jednak oficjalnego stanowiska w tej sprawie.

    Poniżej prezentujemy materiał telewizyjny opisujący dziennikarskie śledztwo w tej sprawie (w języku francuskim):

     

    Źródło: Digi24.ro, France 2

    Fot. Digi24.ro

  • Kolejny efekt protestów. Minister sprawiedliwości podaje się do dymisji

    Florin Iordache był jednym z antybohaterów wydarzeń ostatnich paru tygodni. To między innymi on stał za kontrowersyjną ustawą, która została wprowadzona w ubiegły wtorek. Teraz pojawił się z kolei w roli kozła ofiarnego, który ma na celu uspokojenie wściekłego społeczeństwa. Tylko czy to wystarczy?

    Minister sprawiedliwości wygłosił krótkie przemówienie w ramach posiedzenia rządu. Mówił w nim o problemach, które chciał rozwiązać, oraz o tym że przyjęte przez rząd metody były  zgodne z prawem i konstytucją. Jako powód swojego ustąpienia podał natomiast fakt, że jego starania okazały się niewystarczające dla społeczeństwa. Słowa byłego już ministra można uznać za bardzo delikatne wobec wielotysięcznych demonstracji, których powodem były właśnie działania firmowane jego nazwiskiem.

    Po weekendzie, kiedy to antyrządowe protesty zmobilizowały rekordową liczbę uczestników, sytuacja na ulicach największych rumuńskich miast jest spokojna. Protesty - choć o wiele mniej liczne - wciąż jednak trwają, a w weekend będą się one zapewne cieszyć większą frekwencją. Czas pokaże, czy sytuacja się ustabilizuje, czy też rząd będzie potrzebował kolejnych zmian kadrowych. Póki co, oprócz Iordache, ze swej funkcji zrezygnował już minister rozwoju biznesu Florin Jianu. Z PSD odeszła też grupa działaczy rozczarowanych działaniami rządu.

    Fot. Agnieszka Kamyszek

  • Kolejny rekord - 600 tysięcy osób na ulicach!

    Premier Sorin Grindeanu zapowiedział wczoraj wycofanie się z kontrowersyjnej ustawy, co zresztą nastąpiło. Mimo to na ulicach rumuńskich miast znowu zawrzało. Pod siedzibą rządu zebrało się nawet 300 tysięcy demonstrantów, a drugie tyle zgromadziły protesty w pozostałych miejscowościach.

    Skala protestów jest jeszcze większa niż w minionych dniach. W Klużu zebrało się nawet 50 tysięcy osób, kilkudziesięciotysięczne demonstracje odbyły się też w Timiszoarze i Sybinie. Protestujący domagają się dymisji rządu - i to mimo zrezygnowania z kontrowersyjnej ustawy, która de facto depenalizowałaby korupcję gdyby straty skarbu państwa wyniosły jednorazowo mniej niż 200 tysięcy lejów.

    Punktualnie o 21:00 czasu lokalnego uczestnicy antyrządowego protestu na placu Victoriei w Bukareszcie podnieśli w górę swoje telefony, co uchwycił w obiektywie Dan Mihai Bălănescu. Ilustruje to niewyobrażalną liczbę manifestantów, do których dołączyli także mieszkańcy innych części kraju. Dzisiaj popołudniu odbyła się także manifestacja zwolenników rządu, którzy sprzeciwiali się prezydentowi Klausowi Iohannisowi. Zaangażowało się w nią jednak mniej niż 200 osób.

    Fot. Dan Mihai Bălănescu

  • Liviu Dragnea: Protesty sprzyjają wrogom Rumunii

    Lider rządzącej partii socjaldemokratycznej stał się w minionych tygodniach głównym antybohaterem protestów, które przetoczyły się przez kraj. To właśnie on miał bowiem w opinii demonstrujących stać się głównym beneficjentem nowego prawa, które miało uchronić go od kary za malwersacje finansowe. Sam Dragnea twierdzi zaś, że protesty są profesjonalnie zorganizowane i sprzyjają jedynie wrogom Rumunii.

    Lider PSD wskazał na zagrożenia wobec kraju, takie jak ostatnie słowa prezydenta Mołdawii Igora Dodona, który na spotkaniu z Władimirem Putinem ocenił że w Rumunii znajduje się połowa historycznych ziem jego kraju. Nie on jednak jest winny protestom, a nieokreślone siły które wywołały masowe demonstracje dzięki dezinformacji, wykorzystując jedną z ustaw jako pretekst. W tym kontekście wskazał, że brali w nich udział także przedstawiciele międzynarodowych korporacji, które wcześniej wyrażały zaniepokojenie sytuacją w Rumunii.

    Dragnea sprawę traktuje na tyle poważnie, że zajęły się nią rumuńskie służby bezpieczeństwa. Będą one między innymi sprawdzać, czy pracownicy zagranicznych firm dostawali wolne lub premie zachęcające do udziału w protestach. Adrian Tutuianu, przewodniczący parlamentarnej komisji ds. służb specjalnych, powiedział wręcz że Rumunia może mieć do czynienia z inspirowaną przez Rosjan wojną hybrydową.

    Protesty na ulicach Bukaresztu i wielu innych rumuńskich miast trwają od kilku tygodni. Największe tłumy gromadziły się od wtorku, kiedy to rząd zatwierdził ustawę która doprowadzała do depenalizacji niektórych przestępstw korupcyjnych. W sobotę premier Sorin Grindeanu zapowiedział wycofanie kontrowersyjnej ustawy, jednak manifestacje się nie zakończyły. Wręcz przeciwnie - wczoraj w całym kraju protestowała rekordowa liczba 600 tysięcy osób, które domagały się dymisji rządu.

    Fot. Agnieszka Kamyszek

  • Mimo protestów rząd nadal forsuje kontrowersyjną ustawę

    W niedzielę w wielu rumuńskich miastach miały miejsce kolejne już protesty. Mieszkańcy wciąż demonstrują bowiem swój sprzeciw wobec projektu ustawy zakładającej amnestię dla więźniów. O zaprzestanie prac nad tym projektem apeluje też prezydent Klaus Iohannis, lecz rządząca koalicja PSD i ALDE nie zamierza ustąpić.

    Protestujących od początku wspiera prezydent Klaus Iohannis wywodzący się z będącej obecnie w opozycji partii PNL. Wezwał on obóz rządzący do zaprzestania prac nad projektem, któremu sprzeciwiają się obywatele. Prezydent podtrzymał też swoją decyzję o rozpisaniu referendum, jeżeli koalicja PSD i ALDE nie odstąpi od prac nad ustawą. Wiele wskazuje jednak na to, że ani działania prezydenta, ani masowe protesty mieszkańców nie przyczynią się do zmiany decyzji przez obecne władze. Zwłaszcza, że partia socjaldemokratyczna zdobyła w wyborach aż 45% głosów, deklasując tym samym pozostałe ugrupowania. Przedstawiciele PSD nie mijają się więc z prawdą mówiąc, że ich działania są legitymizowane poparciem społeczeństwa - choć z drugiej strony w swoim programie wyborczym socjaliści nie prezentowali pomysłów związanych z ustawą amnestyjną.

    Projekt ustawy od kilku tygodni wzbudza wielkie emocje. Istnieją bowiem obawy, że zapowiadana przez rząd amnestia będzie mogła służyć politykom skazanym za korupcję. Rząd przekonuje jednak, że nie ma takiej możliwości, a masowe zwolnienia więźniów skazanych za drobne przestępstwa służyć ma jedynie likwidacji problemu przepełnionych więzień. Podczas poniedziałkowej debaty minister sprawiedliwości Florin Iordache oświadczył, że ustawa nie będzie z całą pewnością dotyczyła gwałcicieli, morderców, ani osób odsiadujących wyroki za przestępstwa korupcyjne. W więzieniach mają także pozostać recydywiści.

    Fot. Florin Iordachu, minister sprawiedliwości. Źródło: PSD

  • Nowa fala protestów. Ponad 50 tysięcy osób na ulicach

    W samym Bukareszcie na antyrządowej demonstracji pojawiło się około 30 tysięcy osób - tak wynika przynajmniej z oficjalnych danych opublikowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Podobnie jak w ubiegłym tygodniu, liczne zgromadzenie miało też miejsce w Klużu. Tam na ulice wyszło ponad 10 tysięcy osób sprzeciwiających się kontrowersyjnej ustawie wprowadzającej amnestię dla więźniów odbywających wyroki za mniejsze przestępstwa. Wielu mieszkańców kraju uważa, że pozwoli to na ułaskawienie polityków odbywających kary za korupcję.

    Protesty rozpoczęły się około godziny 17:00 lokalnego czasu. W Bukareszcie uczestnicy spotkali się przy placu Universităţi, a następnie udali się na plac Victoriei. Później tłum przeszedł do dzielnicy Kiseleff, gdzie mieści się siedziba partii PSD. Jeden z przystanków marszu znajdował się też pod gmachem Ministerstwa Sprawiedliwości i Krajowej Rady Audiowizualnej. Jak informowali organizatorzy, ich celem było nakłonienie rządu do odstąpienia od kontrowersyjnej ustawy, o której nie było mowy w prezentowanym przed wyborami programie. Wsparł ich między innymi prezydent Klaus Iohannis, który powiedział że protestujący mają powody do oburzenia działaniami obecnego rządu.

    Oprócz Bukaresztu protesty odbyły się także w kilkunastu mniejszych ośrodkach. W Klużu zebrało się ponad 10 tysięcy osób, mniejsze demonstracje miały też miejsce w Timiszoarze (8 tys. osób), Sybinie (5 tys.), Jassach (3 tys.) i innych mniejszych miastach. Spotkania przeciwników obecnej władzy miały też miejsce za granicą, na przykład w Paryżu zebrało się kilkunastu demonstrantów. Liczba uczestników była porównywalna z ubiegłotygodniową odsłoną protestów, kiedy to na ulice miało wyjść około 50 tysięcy osób w całym kraju.

    AKTUALIZACJA:

    Według telewizji Digi24, w całym kraju w protestach wzięło wczoraj udział niemal sto tysięcy osób. Stacja oceniła, że były to najliczniejsze demonstracje od czasów rewolucji 1989 roku.

    Fot. Dan Mihai Bălănescu

  • Początek rozłamu w PSD?

    Choć obecne protesty są jedynie cieniem ogromnych manifestacji, jakie odbyły się w środowe popołudnie, to nie słabnie niechęć wobec rządzącej koalicji PSD i ALDE. W partii socjaldemokratycznej dochodzi też do rezygnacji działaczy z dotychczasowych stanowisk. Najwyrazistszym tego przykładem była dymisja Florina Jianu ze stanowiska ministra rozwoju biznesu, ale nie tylko on skrytykował decyzje rządu.

    Póki co nie można mówić o prawdziwym rozłamie, ale nie sposób przejść obojętnie wobec tego typu wydarzeń jak krytyka lidera PSD wypowiedziana przewodniczącego młodzieżówki partii (Mihai Sturzu wezwał go wczoraj do ustąpienia). Od rządu odwrócił się też Andrei Calin Tuns, były radny okręgu Maramuresz:

    "W trakcie mojej współpracy z PSD poznałem wielu wspaniałych ludzi! Nauczycieli, lekarzy, prawników, studentów, uczniów, robotników, przedsiębiorców, kobiety i mężczyzn! Wielu z nich jest dzisiaj wściekłych za to, co nastąpiło [...]. Dragnea, Grindeanu i Iordache nie są moimi liderami! Podpisałem rezygnację przez to jak uderzyli naród rumuński pięścią w twarz! - Napisał w emocjonalnym oświadczeniu Andrei Calin Tuns.

    Manifestacje, choć coraz mniej liczne (w piątek kilkadziesiąt tysięcy osób), rozprzestrzeniły się też na mniejsze miasta. O protestach w Bukareszcie i innych rumuńskich miastach rozpisują się media z całego świata. Do rumuńskiego rządu spłynęły zaś listy wyrażające zaniepokojenie faktem, że nowe ustawodawstwo będzie sprzyjało rozwojowi korupcji.

    Fot. Damian Pipiro

  • Protesty trwają, na weekend zapowiadana jest ogromna manifestacja

    Początkowo można było odnieść wrażenie, że protesty słabną. Tymczasem w piątkowy wieczór na ulicach znowu pojawiły się wielotysięczne tłumy. W skali całego kraju można mówić o nawet 300 tysiącach osób manifestujących swoje niezadowolenie.

    Tradycyjnie najwięcej ludzi zgromadziło się na bukaresztańskim placu Victoriei. Według publicznej telewizji TVR było tam ponad 120 tysięcy osób, według Digi24 - 150 tysięcy. Tymczasem w weekend można spodziewać się jeszcze liczniejszych wystąpień przeciwko rządowi Sorina Grindeanu. Niektóre media podają, że na ulice w skali kraju może wyjść nawet milion mieszkańców. Nawet jeżeli szacunki te są przesadzone, to pokazują one poziom frustracji obywateli rozczarowanych własną klasą polityczną.

    Rumuni otrzymują wsparcie z całego świata. Władze wielu krajów wysłały listy wyrażające zaniepokojenie tamtejszą sytuacją. Na ulicach spotkać też jednak można ludzi z wielu krajów - głównie studentów i pracowników międzynarodowych korporacji. Udział w protestach biorą też Polacy mieszkający w Rumunii. Na sobotni wieczór przygotowują oni nawet specjalny transparent wyrażający poparcie naszych rodaków. Rumuni mieszkający w Polsce spotkają się z kolei pod ambasadą w Warszawie.

    Piątek był czwartym dniem protestów z rzędu. Pierwsze demonstracje zaczęły się we wtorek późnym wieczorem, kiedy okazało się że rząd przyjął kontrowersyjną ustawę która może przyczynić się do wzrostu liczby przestępstw korupcyjnych. Wcześniej mieszkańcy Rumunii protestowali parokrotnie sprzeciwiając się tzw. ustawie amnestyjnej. Ona również została przyjęta podczas wtorkowego posiedzenia rządu. W tym przypadku jednak trafi ona jeszcze pod obrady sejmu, gdzie zostanie przedyskutowana.

    Fot. Dan Mihai Bălănescu

  • Protesty, prezydenckie referendum i co dalej?

    Wczoraj w Bukareszcie i innych większych miastach Rumunii odbyły się kolejne protesty, które świadczą o tym, że działania rządu cały czas są bacznie obserwowane przez jego przeciwników. I to pomimo faktu, że ustawa która doprowadziła do masowych demonstracji, została już uchylona przez senat. Fakt ten jest obecnie wykorzystywany przez polityków rządzącej koalicji, aby przekonać prezydenta Klausa Iohannisa do wycofania się z pomysłu organizacji referendum.

    Niedzielna była dwudziestym siódmym dniem z rzędu, gdy na ulicach rumuńskich miast dochodziło do antyrządowych wystąpień. Przypomnijmy, że wcześniej wielu mieszkańców brało udział w manifestacjach sprzeciwiając się projektowi tzw. ustawy amnestyjnej. Do wrzenia doprowadziły zaś zmiany w kodeksie karnym, które zakładały ściganie z urzędu przestępców korupcyjnych, którzy wyrządzili szkody warte więcej niż 200 tysięcy lejów.

    W kolejnych dniach Rumunia skupiła uwagę mediów całego świata po tym, jak w kolejnych odsłonach protestów bite były kolejne rekordy frekwencji. Już 1 lutego 300 tysięcy, a kilka dni później rekordowe 600 tysięcy osób wyszło na ulice w proteście przeciwko władzy i wszechobecnej korupcji. W uspokojeniu sytuacji nie pomogło zaś ani wycofanie się premiera Sorina Grindeanu z kontrowersyjnej ustawy, ani nawet zmiany personalne w rządzie, w wyniku których ustąpił m. in. minister sprawiedliwości Florin Iordache.

    Obecne protesty nie są już tak liczne, jednak świadczą o tym, że mieszkańcy będą wciąż pilnie obserwować działania rządu. Coraz częściej dochodzi też dochodzi też do prorządowych manifestacji, które jednak nie są zjawiskiem masowym. Jednocześnie przedstawiciele rządzącej PSD zwrócili się do prezydenta z propozycją odwołania referendum, które ich zdaniem nie ma sensu ze względu na uchylenie kontrowersyjnej ustawy.

    Referendum ma kosztować ok. 250 lejów. Mieszkańcy kraju mają wypowiedzieć się w nim, czy chcą aby walka z korupcją prowadzona przez Krajową Dyrekcję Antykorupcyjną (DNA) była kontynuowana. Projekt prezydenta wspiera jego rodzima PNL oraz USR, rządząca koalicja i Węgrzy z UDMR twierdzą z kolei, że w obliczu braku zmian w przepisach inicjatywa ta jest już tylko marnowaniem pieniędzy. Wcześniej idea przeprowadzenia referendum została jednak zatwierdzona przez parlament.

    Fot. Flaga Unii Europejskiej wykonana przez osoby protestujące w Bukareszcie 26 lutego 2017. Żródło: Digi24.ro

  • Ranking Politico 28 - kim jest Marian Godina?

    Portal Politico zaprezentował listę 28 najbardziej wpływowych osób w Europie. Wśród nich znalazł się Marian Godina - policjant z Braszowa. Co spowodowało, że ten z pozoru zwykły stróż prawa znalazł się na tej samej liście, co Jarosław Kaczyński, Recep Erdogan czy Sadiq Khan?

    Historia trzydziestoletniego policjanta zaczęła się dość zwyczajnie. Odebrał on bowiem prawo jazdy kierowcy, który niemal rozjechał pieszego na pasach. Po tym zdarzeniu Godina wróciłby zapewne do swych obowiązków, gdyby nie awantura jaką zrobiła mu pasażerka pojazdu. Kobieta oznajmiła bowiem, że jest szefową lokalnego oddziału Czerwonego Krzyża i doskonale zna szefów policjanta. Potwierdził to zresztą przełożony Godiny, a ten... opisał tę sytuację na Facebooku.

    Nie trzeba było długo czekać na rozwój wydarzeń. W przeciągu tygodnia pojawiły się prokuratorskie zarzuty, szef Mariana Godiny został usunięty ze stanowiska, a on sam... stał się gwiazdą internetu, której posty śledzi już niemal 400 tysięcy użytkowników. Braszowski policjant porusza w nich różne sprawy - związane zarówno z codziennym życiem jak i sytuacją w kraju.

    Ta słodko-gorzka lektura zmotywowała więcej osób do przeciwdziałania korupcji. Czy popularność Godiny coś zmieni? Być może jego czyn będzie pierwszym kamyczkiem, który ruszy lawinę. Marian Godina przyznał, że otrzymuje on na ten temat wiele wiadomości od swoich kolegów po fachu z całego kraju. Sam nie uważa się jednak za gwiazdę - nadal wykonuje swoją pracę, wydał też książkę dla dzieci poświęconą ruchowi drogowemu.

    - W przyszłości widzę siebie nadal jako policjanta i pisarza, ale nigdy nic nie wiadomo. Wystarczy spojrzeć, jak wiele zmieniło się przez rok. Nauczyłem się nie snuć długoterminowych planów - zdradza Marian Godina, cytowany przez portal Politico.

  • Rumunia wrze. Około 300 tysięcy ludzi na ulicach

    To efekt wprowadzonego przez rząd pakietu ustaw, które przyczynić się mogą do zwiększenia korupcji. Fakt, że został on opublikowany w nocy ze wtorku na środę tylko wzmógł irytację obywateli przeciwnych obecnym władzom. Pierwsze demonstracje zaczęły się już wczoraj, jednak dopiero w następne popołudnie mieszkańcy Rumunii tłumnie wyszli na ulice.

    Wedle wszelkich szacunków mamy właśnie do czynienia z największymi protestami w historii Rumunii po 1989 roku. Ich uczestnicy domagają się, aby rząd odstąpił od kontrowersyjnego projektu. Pojawiają się także hasła nawołującego do dymisji gabinetu Sorina Grindeanu. Demonstracje przebiegają jednak w miarę spokojnie i póki co obyło się bez większych incydentów. Nie jest znana dokładna liczba demonstrantów. Wedle policji w Bukareszcie protestuje ok. 80 tysięcy osób. Niektóre źródła podają jednak liczby dwukrotnie wyższe - 150 tysięcy osób ma uczestniczyć w protestach w samej stolicy. Drugie tyle pojawiło się na ulicach innych rumuńskich miast, np. w Klużu 30 tysięcy, w sybinie i Timiszoarze po 20 tysięcy, w Jassach 10 tysięcy, a w Braszowie 8 tysięcy. Rumuni mieszkający za granicą spotykali się też pod ambasadami swojego kraju w stolicach innych państw. Grupka ludzi demonstrowała np. w Warszawie.

    Z protestującymi solidaryzują się partie opozycyjne. Członkowie Uniunea Salvați România (USR) na znak protestu zablokowali dziś na przykład mównicę w parlamencie. Prezydent Klaus Iohannis, który od początku sprzeciwiał się kontrowersyjnemu projektowi rządu, oświadczył zaś że nastąpił "dzień żałoby państwa prawa". Zaniepokojenie decyzjami rumuńskiego rządu wyraziła też Komisja Europejska, której przedstawiciele mówili o możliwości zaprzepaszczenia antykorupcyjnych reform, które wdrażano w Rumunii przez ostatnie dziesięć lat. Działania rządu spotkały się też z falą krytyki ze strony wielu krajów, takich jak Holandia, Kanada czy Niemcy.

    AKTUALIZACJA (22.23):

    Niestety, zaczęło dochodzić do pierwszych starć z policją. W ruch poszły kamienie i petardy, jednak agresywni demonstracji zostali wygwizdani przez pozostałych uczestników. Policja apeluje o spokój i rozejście się do domów.

    AKTUALIZACJA (22:30):

    Przed budynkami rządu spłonął plastikowy słup ogłoszeniowy. Część uczestników demonstraci samodzielnie usiłowała ugasić pożar. Co chwilę słychać było wybuchające petardy. Demonstranci powoli rozchodzili się do domów. Bilans zamieszek to póki co cztery ranne osoby - dwóch policjantów i dwóch uczestników manifestacji.

    Fot. Dan Mihai Bălănescu

  • Rząd wprowadził w życie kontrowersyjną ustawę amnestyjną

    W efekcie na wolność wyjdzie kilka tysięcy więźniów odsiadujących wyroki za drobne przestępstwa. Oficjalnie chodzi o rozwiązanie problemu przepełnionych zakładów karnych, jednak istnieją obawy że nowe prawo ma pomóc politykom skazanym za korupcję. Kolejna wprowadzona zmiana ma zaś utrudnić wymiarowi sprawiedliwości osądzanie kolejnych osób zamieszanych w afery łapówkarskie. Ustalono bowiem, że dopiero narażenie państwa na straty powyżej 200 tysięcy RON będzie przestępstwem ściganym z urzędu.

    Zmiany zostały wprowadzone przez rząd we wtorek wieczorem i weszły w życie około godziny pierwszej w nocy, tuż po opublikowaniu ich w dzienniku ustaw. Minister sprawiedliwości pytany o powody dla których zmiany w prawie karnym zostały tak późną porą odparł, że nie było żadnej szczególnej przyczyny - po prostu takie były godziny pracy rządowego zespołu. Dodatkowe kontrowersje wzbudził fakt, że ustawa została wprowadzona przez rząd bez poddania jej pod głosowanie parlamentu. W praktyce nie ma to jednak większego znaczenia, gdyż rządząca koalicja PSD i ALDE i tak posiada większość pozwalającą na przegłosowanie tego typu zmian.

    Minister Sprawiedliwości Florin Iordache zaznaczył, że nowe prawo to efekt realizacji postanowień Trybunału Konstytucyjnego z grudnia ubiegłego roku. Wyjaśniał, że nie chodzi o uczynienie jakiejkolwiek grupy ludzi bezkarnymi. W przypadku nadużyć opiewających na niższe kwoty konieczne będzie bowiem uregulowanie rachunku na rzecz państwa. Tyle, że nowe zasady zbiegły się w czasie z procesem, gdzie w charakterze oskarżonego występuje lider socjalistów Liviu Dragnea. Chodziło o narażenie skarbu państwa na sumę ponad 100 tys. RON, poprzez fikcyjne zatrudnianie osób w państwowych spółkach. Przypomnijmy, że Dragnea został już skazany za korupcję wyrokiem w zawieszeniu, co uniemożliwiło mu objęcie stanowiska premiera po wygranych przez PSD wyborach.

    Kolejnym efektem nowej ustawy będzie wypuszczenie na wolność kilku tysięcy więźniów odsiadujących wyroki za drobne przestępstwa, posiadających dzieci, lub będących w podeszłym wieku. Rząd szacuje ich liczbę na 2,5 tysiąca osób w skali kraju, służby penitencjarne zaś na ponad 3,5 tysiąca. Także to wywołało wiele kontrowersji. Mieszkańcy Rumunii od dwóch tygodni regularnie protestowali przeciwko tego typu zmianom obawiając się, że z amnestii skorzystają politycy skazani za korupcję. Przedstawiciele rządu wielokrotnie zapewniali z kolei, że tego typu przestępstwa - obok gwałtów i morderstw - nie będą objęte działaniem ustawy.

    Decyzje rządu spowodowały, że po raz kolejny na ulicach w całym kraju natychmiast pojawiły się tysiące demonstrantów. Mimo późnej pory, w samym Bukareszcie na placu Victoriei zebrało się ponad 5 tysięcy protestujących. W całym kraju mowa o liczbie około 10 tysięcy osób. Na następne dni zapowiadane są kolejne protesty.

    Fot. Kadr z filmu opublikowanego przez Vlada Petriego. Napis "aveți elicopter?" widniejący na transparencie oznacza "macie helikopter?" i odnosi się do ucieczki Nicolae Ceaușescu w 1989 roku z dachu obleganego budynku rządu.