Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

Testimonials

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Sandro Rosell
FC Barcelona President

Polityka

  • "Rumuński przełom" - zapis debaty [VIDEO]

    Jaka jest obecna sytuacja polityczna w Rumunii? Co warto wiedzieć o tym kraju i dlaczego warto go lepiej poznać? Na te i wiele innych pytań odpowiadał dr hab. Adam Burakowski (Instytut Studiów Wschodnich PAN) i Michał Torz (www.wrumunii.pl) podczas debaty, która została zorganizowana przez Fundację Republikańską.

    Niewielka sala w siedzibie fundacji zapełniła się osobami zainteresowanymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w ostatnich kilku tygodniach w Rumunii. Rozmowa dotyczyła jednak również wielu innych tematów (pełna lista poniżej). Poruszona została między innymi kwestia tożsamości narodu rumuńskiego, polityki zagranicznej prowadzonej przez ten kraj czy relacji z Polską. Nie zabrakło również omówienia zjawiska manele - charakterystycznego gatunku muzycznego, który według dr hab. Adama Burakowskiego odgrywa większą rolę w życiu społecznym, niż może się to na pierwszy rzut oka wydawać.

    Zapraszamy do obejrzenia debaty:

    "Od czasu do czasu z szumu medialnego dochodzą zdawkowe informacje na temat masowych protestów w Rumunii. Jednocześnie mówi się o obniżkach podatków i prorynkowych reformach gospodarczych. Jeżeli zatem zastanawiacie się nad tym, co faktycznie "piszczy w Rumunii", jaki jest kontekst społeczny tego, co się tam dzieje i jaki jest obecnie ten kraj – zapraszamy serdecznie do obejrzenia nagrania naszego spotkania!

    Jako ekspertów zaprosiliśmy:

    Dr hab. Adama Burakowskiego - politologa, publicystę, związanego ze Studium Europy Wschodniej UW, Instytutem Studiów Politycznych PAN, Klubem Jagieliońskim, specjalistę do spraw Rumunii.

    Michała Torza - archeologa i dziennikarza, autora bloga michaltorz.pl o życiu w Rumunii i redaktora portalu informacyjnego wrumunii.pl.

    Dyskusję poprowadził Dominik Mazur, koordynator projektów Fundacji Republikańskiej, z wykształcenia prawnik.

    Debata miała miejsce 7 marca 2017 roku w siedzibie Fundacji Republikańskiej przy ul. Nowy Świat 41 w Warszawie."- opis ze strony Fundacji Republikańskiej.

  • "Unia" z Republiką Mołdawii na stulecie Zjednoczenia

    Zjednoczenia Rumunii nastąpiło w 1918 roku. Zbliżająca się setna rocznica tego wydarzenia coraz częściej staje się pretekstem dla zwolenników unii z Republiką Mołdawii. Chcą oni, aby po ponad siedemdziesięciu latach oba kraje znowu zostały połączone

    Symboliczny akt zjednoczenia Rumunii i Republiki Mołdawii został niedawno podpisany przez burmistrza i radnych niewielkiej miejscowości Parva (okręg administracyjny Bistrița-Năsăud). W specjalnym piśmie wezwali oni do uhonorowania aktu zjednoczenia Besarabii (czyli dzisiejszej Republiki Mołdawii) z państwem rumuńskim.

    To nie pierwszy tego typu przypadek, gdzie - wprawdzie symbolicznie - do zjednoczenia Rumunii i Republiki Mołdawii nawołują politycy obu krajów. Od kilku lat w Mołdawii trwa akcja, w ramach której poszczególne miejscowości podpisują symboliczne akty zjednoczenia. Organizatorzy z grupy Acțiunea chcą, aby do końca 2018 roku podpisano sto tego typu deklaracji w związku z setną rocznicą zjednoczenia.

    Tego typu wynik zapewne nie zostanie osiągnięty, lecz już sam pomysł wzbudził w Mołdawii spore kontrowersje. Zareagował między innymi prorosyjski prezydent Igor Dodon. Wedle różnych badań najwyżej kilkanaście procent Mołdawian popiera zjednoczenie ze swoim zachodnim sąsiadem.

  • 100 dni rządu Sorina Grindeanu

    Rząd Sorina Grindeanu został zaprzysiężony 4 stycznia 2017 roku. Przypominamy najważniejsze wydarzenia, jakie miały miejsce podczas pierwszych stu dni jego funkcjonowania.

    W wyniku ubiegłorocznych wyborów miażdżące zwycięstwo odniosła socjaldemokratyczna partia PSD. Uzyskanie około 45% głosów nie pozwoliło jej jednak na samodzielne rządy, dlatego też została zawiązana z liberałami z ALDE. Od początku nie było wiadomo, kto stanie na czele rządu. Premierem nie mógł zostać bowiem lider ugrupowania Liviu Dragnea, ze względu na ciążący na nim wyrok za manipulacje podczas mającego miejsce w 2012 roku referendum. Na to stanowisko typowano najpierw Sevill Shhaideh - muzułmankę z Konstancy o tatarsko - tureckich korzeniach. Ostatecznie premierem został jednak Sorin Grindeanu, o czym dowiedzieliśmy się tuż przed Nowym Rokiem.

    Na początku roku ustalony został skład rządu, który zaledwie dwa tygodnie później zaczął mierzyć się z licznymi protestami mieszkańców Rumunii. Spore kontrowersje wywołał projekt ustawy amnestyjnej, na mocy której z przepełnionych więzień mieli być zwolnione osoby odsiadujące niskie wyroki. Obawiano się bowiem, że da to możliwość uniknięcia kary przez zamieszanych w afery korupcyjne polityków. Prezydent Klaus Iohannis zapowiedział wtedy referendum w tej sprawie.

    Mimo protestów, rząd kontynuował swoje prace nad ustawą. Prawdziwy kryzys nastąpił między 31 stycznia a 1 lutym, gdy oprócz projektu amnestii przyjęto w drodze rozporządzenia inną ustawę. Ustalano w niej kwotę 200 tysięcy RON, poniżej której przestępstwa korupcyjne nie byłyby ścigane z urzędu. Oznaczać to mogło między innymi, że kolejnego wyroku mógłby uniknąć Liviu Dragnea. Lider socjalistów był bowiem oskarżany o malwersacje na kwotę niewiele wyższą niż 100 tysięcy RON.

    Działania rządu doprowadziły do wrzenia w całym kraju. 1 lutego na ulice rumuńskich miast wyszło łącznie nawet 300 tysięcy demonstrantów. Kilka dni później, w trakcie weekendu, liczba ta mogła nawet ulec podwojeniu. W międzyczasie do dymisji podał się jeden z ministrów, a także grupa lokalnych działaczy PSD. Premier Grindeanu zadeklarował zaś, że "usłyszał głos ulicy" i zamierza wycofać się z kontrowersyjnego pomysłu. Pod koniec lutego doszło do rekonstrukcji rządu. Stanowisko stracił m. in. Florin Iordache, minister sprawiedliwości forsujący wcześniej projekty kontrowersyjnych ustaw. W rządzie pojawiło się natomiast kilka osób związanych z byłym premierem Victorem Pontą.

    Wizerunkowo na walce z rządem najwięcej zyskał wywodzący się z Partii Narodowo-Liberalnej (PNL) prezydent Klaus Iohannis, który od początku sprzeciwiał się obu projektom ustaw. Według jednego z badań opinii publicznej, premier Grindeanu wciąż cieszy się jednak zaufaniem w społeczeństwie.

    Niepokoje społeczne nie wpłynęły na świetne wyniki rumuńskiej gospodarki. Już od 1 stycznia obowiązywać zaczęły reformy przeprowadzone jeszcze przed poprzedniego premiera Daciana Cioloșa. Ministerstwo finansów od początku zapowiadało kontynuację reform, czemu sprzyjał wysoki wzrost gospodarczyi wzrost dochodów państwa o 35 mld RON. W takich okolicznościach uchwalono na początku lutego ambitną ustawę budżetową, która zakładała między innymi podwyżki płacy minimalnej oraz zwiększenie nakładów na edukację czy służbę zdrowia.

  • 18 listopada będzie Dniem Mniejszości Narodowych

    Projekt ustawy został przegłosowany przez senat. Za jej przyjęciem głosowali wszyscy senatorowie. Aby weszła w życie, musi się na to jeszcze zgodzić niższa izba parlamentu.

    Dzień Mniejszości Narodowych będzie wiązał się z wydarzeniami kulturalnymi organizowanymi w całym kraju. W projekcie ustawy zawarto zapis który mówi o tym, że ich organizatorzy mogą przy tym liczyć na finansowe wsparcie lokalnych i centralnych władz. Relacje z uroczystości znajdą się zaś na antenach publicznych stacji radiowych i telewizyjnych.

    W senacie znajduje się też projekt złożony przez Demokratyczny Związek Węgrów w Rumunii. Dotyczy on ustanowienia 15 marca Dniem Rumuńskich Węgrów. Przyjęcie uchwały było jednym z postulatów UDMR w czerwcu bieżącego roku, kiedy partia ta próbowała uzyskać nowe przywileje w zamian za głosowanie za odwołaniem ówczesnego premiera Sorina Grindeanu. Na razie nie zanosi się jednak na to, aby tego typu ustawa została przyjęta.

    Czytaj też:

    Dni wolne w Rumunii

  • 23 sierpnia w historii Rumunii

    W Polsce dzień 23 sierpnia kojarzony jest głównie z podpisaniem w 1939 roku paktu Robbentrop-Mołotow. Układ pomiędzy III Rzeszą a Związkiem Radzieckim miał też wpływ na historię sprzymierzonej z Polską Rumunii. Kolejne ważne wydarzenie miało miejsce już pięć lat później, gdy losy wojny uległy zmianie.

    Oficjalnie ministrowie spraw zagranicznych obu totalitarnych krajów podpisali 23 sierpnia 1939 roku pakt o nieagresji. Najistotniejsze były jednak zapisy porozumienia, które wówczas nie zostały oficjalnie ujawnione. Jak powszechnie wiadomo, układ poskutkował rozbiorem Polski pomiędzy nazistowskie Niemcy a sowiecką Rosję, która w obliczu klęski wojny obronnej zajęły wschodnie tereny II RP. W Polsce rzadko mówi się jednak o tym, że sporą część swojego terytorium utraciła wówczas także Rumunia.

    W wyniku moskiewskiego porozumienia Rumunia musiała oddać Sowietom tereny leżące na wschód od Prutu (czyli terytorium dzisiejszej Republiki Mołdawii) oraz północną Bukowinę. Stało się to w lipcu 1940 roku, czyli tuż po klęskę Francji, która wcześniej udzielała Rumunii gwarancji dotyczących niepodległości kraju. Okupacja tych ziem skutkowała licznymi represjami, a nawet mordami, co miało miejsce między innymi w miejscowości Fântâna Albă. Dokonana tam masakra jest obecnie niekiedy nazywana "rumuńskim Katyniem".

    Rumuni odzyskali utracone ziemie dopiero w 1941 roku, kiedy to ich armia wzięła udział w inwazji na ZSRR. Zaledwie trzy lata później III Rzesza i jej sojusznicy chyliła się ku upadkowi, a Armia Czerwona znajdowała się coraz bliżej granic Rumunii. W wyniku operacji jassko-kiszyniowskiej siły państw osi zostały rozbite, co skłoniło króla Michała I do działania. Doprowadził on do obalenia dyktatury Iona Antonescu, wezwał siły zbrojne do zawieszenia ognia i ogłosił swą lojalność względem sił alianckich. Od tej pory Rumunii walczyli u boku późniejszych zwycięzców globalnego konfliktu. Nie doprowadziło to do odzyskania ziem utraconych względem ZSRR, ale prawdopodobnie zabieg ten doprowadził do odebrania Węgrom północnego Siedmiogrodu, oddanego w wyniku II arbitrażu wiedeńskiego w 1940 roku.

    Fot. Bundesarchiv / Żołnierze rumuńscy podczas przeprawy przez Prut, lipiec 1941

    Czytaj też:

    "Haiducii" - rumuńscy żołnierze wyklęci

  • 3/4 mieszkańców Rumunii twierdzi, że sprawy w kraju idą w złym kierunku

    Opublikowane w piątek przez ośrodek IRES badania potwierdzają legendarny defetyzm Rumunów. 75% z nich uważa, że jest źle. Niemal połowa twierdzi natomiast, że nadchodzący rok będzie jeszcze gorszy. Zaledwie 17 procent respondentów oceniło, że sytuacja w kraju jest dobra

    46% respondentów oceniło, że rok 2018 będzie jeszcze gorszy od obecnego (26% stwierdziło, że będzie lepiej, a 25% że tak samo). Wygląda na to, że jest to stały trend. W zeszłym roku wyniki były bowiem podobne. Te same badania pokazują, jak mieszkańcy Rumunii oceniają swoją satysfakcję z życia. Tutaj wyniki są nieco lepsze, gdyż 59% odpowiedzi było pozytywnych, z czego 4% osób oceniło się jako "bardzo zadowolonych". Z kolei 40% respondentów oceniło, że nie jest zadowolonych z życia.

    Jako powody do obaw najczęściej podawano strach przed politycznym kryzysem (27%), wzrostem cen (24%), chorobą (13%) czy brakiem pracy (6%). Sondaż pokazał też nastroje dotyczące sytuacji politycznej w kraju. Aż 90% osób wskazało, że nie jest z niej zadowolona (tylko 9% respondentów była przeciwnego zdania). Komu więc ufają Rumuni? Najlepszy wynik (38%) zanotowała Unia Europejska. Na podium znaleźli się także włodarze miast i media (po 31%). Później wskazania dotyczyły kolejno prezydenta (28%), Banku Narodowego (24%), organizacji pozarządowych (22%), premiera (16%), parlamentu (11%) i partii politycznych (8%).

    Z uwagi na obchody w przyszłym roku stulecia Zjednoczenia Rumunii ankieta zawierała też pytania o najważniejsze wydarzenie minionych stu lat. Najczęściej wskazywano obalenie komunizmu (20%), Zjednoczenie w 1918 roku (15%), wstąpienie do Unii Europejskiej (8%) i... czasy komunizmu (7%). Jakie więc były najważniejsze wydarzenia minionego roku, które wskazywali? 30% wskazało na wprowadzane przez rząd zmiany w prawie. Za istotne uznano też antyrządowe protesty (28%), podwyżki płac w sektorze budżetowym (17%) czy zmiany w rządzie (12%). 

  • Afera korupcyjna na południu Rumunii. W tle polityka i... odśnieżanie

    Skarb państwa został narażony na straty rzędu 20 milionów euro i 30 milionów lei. Pieniądze miały być defraudowane poprzez ustawianie zamówień publicznych w okręgu administracyjnym Teleorman na południu Rumunii. Krajowy Urząd Antykorupcyjny rozpoczął już przesłuchania w tej sprawie. Rumuńskie media informują, że w sprawę może być zamieszany Liviu Dragnea - lider rządzącej Partii Socjaldemokratycznej (PSD)

    Prokuratura ogłosiła chęć zajęcia majątków osób zamieszanych w sprawę. Pieniądze mają posłużyć do pokrycia strat, jakie poniósł skarb państwa. Najpierw ich wina musi być jednak udowodniona podczas procesu. Póki co trwają przesłuchania ośmiu osób, wśród których jest między innymi Liviu Dragnea - lider rządzącej PSD, który w latach 2000 - 2012 pełnił funkcję przewodniczącego rady regionu Teleorman. Dragnea ma usłyszeć zarzuty nadużycia władzy, defraudację funduszy unijnych i kierowanie grupą przestępczą. Przesłuchiwany jest także Marian Fiscuci, były prezes firmy Tel Drum, która miała korzystać z korzystnych kontraktów.

    Liviu Dragnea w swoim stylu skomentował całą sprawę tłumacząc, że działania DNA (Direcția Națională Anticorupție; Krajowy Urząd Antykorupcyjny) mają na celu zakłócenie wprowadzanych przez rząd PSD-ALDE reform.

    Firma Tel Drum w sierpniu wygrała kolejny przetarg na odśnieżanie dróg w okręgu administracyjnym Teleorman podczas czterech najbliższych sezonów. Opiewa on na kwotę 35,5 miliona lei. Tylko podczas nadchodzącej zimy przedsiębiorstwo zrealizuje prawie sześćdziesiąt zleceń.

    Fot. Zdjęcie ilustracyjne

  • Akt oskarżenia 29 lat po rewolucji

    W 1989 roku w wielu krajach Europy walił się system komunistyczny, ale tylko w Rumunii zmiany miały charakter krwawej rewolucji. W całym kraju zginęło ponad 1100 osób, ale do tej pory nie zapadł żaden wyrok w tej sprawie. Szczególnie bulwersują ofiary, które poniosły śmierć już po obaleniu dyktatora. Zarzuty w tej sprawie usłyszeli członkowie Frontu Ocalenia Narodowego, z byłym prezydentem Ionem Iliescu na czele

    W czasach komunistycznych roku Rumunia była wyizolowanym od świata krajem, dlatego też do buntu społeczeństwa doszło stosunkowo późno. Do pierwszego wystąpienia przeciwko władzy doszło w 1987 roku w Braszowie. Robotnicy tamtejszej fabryki traktorów protestowali przeciwko obniżeniu pensji, a do ich pochodu zakończonego zdemolowaniem siedziby władz partii spontanicznie dołączali mieszkańcy miasta. Manifestację stłumiono i zadbano o to, aby wieść o niej nie trafiła do opinii publicznej.

    Pierwszy protest w 1989 roku miał mieć miejsce 14 grudnia w Jassach, jednak władzom udało się aresztować jego organizatorów. Dzień później demonstrację przeprowadzili Węgrzy z Timişoary, którzy stanęli w obronie pastora ks. László Tőkésa, który miał zostać karnie przeniesiony do innej parafii. Protest zamienił się w masową demonstrację, do której tłumienia władze użyły sił policyjnych i Securitate. Zginęło wówczas ponad 60 osób, ale opór nie został złamany. Co więcej, fala protestów rozlała się na kraj.

    21 grudnia Nicolae Ceauşescu wygłosił ostatnie, jak miało się okazać, przemówienie, które zostało przerwane przez rozwścieczony tłum. Dyktator wraz z żoną salwował się ucieczką śmigłowcem, jednak wkrótce został schwytany. Małżeństwo zostało osądzone w pośpiesznie zorganizowanym procesie i rozstrzelane. Władzę przejęli natomiast niedawni partyjni towarzysze Ceauşescu z Ionem Iliescu na czele, którzy pod sztandarem Frontu Ocalenia Narodowego zaczęli tworzyć z socjalistycznej Rumunii państwo demokratyczne.

    Obecnie przyjmuje się, że to partyjni działacze średniego szczebla i armia doprowadzili do obalenia dyktatora wykorzystując spontaniczne manifestacje niezadowolonego społeczeństwa. Ion Iliescu został w 1989 roku prezydentem Rumunii i funkcję tę piastował do 1996 roku, a także w latach 2000 – 2004. Dopiero w połowie 2017 roku prokuratura wojskowa postawiła go wraz z kilkunastoma innymi osobami w stan oskarżenia za zbrodnie przeciwko ludzkości, ale sprawa dotyczy tłumienia antyrządowych protestów z roku 1990. 

    Podczas tegorocznych obchodów 29 rocznicy rewolucji uwagę na ten fakt zwrócił obecny prezydent Klaus Iohannis. W trakcie przemówienia zapewnił on, że będzie lobbował za poszukiwaniem prawdy o wydarzeniach z grudnia 1989 roku i ukaraniem winnych popełnionych wtedy zbrodni. Oficjalne dane mówią o ponad 1100 ofiarach walk, które toczyły się w wielu miejscach kraju, głównie w Timişoarze, a następnie w Bukareszcie. Do tej pory rumuńskie społeczeństwo jest podzielone w ocenie tamtych wydarzeń. Niektórzy wierzą w spontanicznych opór przeciwko komunistycznej władzy, inni są przekonani o tym, że wszystkie wydarzenia z grudnia 1989 roku zostały starannie zaplanowane przez ludzi z otoczenia Iona Iliescu.

    Tymczasem tuż przed świętami, ogłoszony został akt oskarżenia wobec Iliescu i jego dawnych towarzyszy. Oprócz byłego prezydenta, rządzącego w latach 1989 – 1996 i 2000 – 2004, dotyczy on także innych członków FON – na ławie oskarżonych zasiądzie też Gelu Voican Voiculescu (były premier), Iosif Rus (były dowódca wojsk lotniczych) i Emil Duitrescu. Są oskarżeni o to, że w czasie popełnianych czynów byli osobami decyzyjnymi w ramach Frontu Ocalenia Narodowego. Chodzi bowiem o zdarzenia, do których dochodziło w dniach 27 – 31 grudnia 1989 roku – a więc po obaleniu Ceauşescu i ogłoszeniu przez członków FON, że przejmują władzę w Rumunii.

    Chodzi o zbrodnie przeciwko ludzkości, a konkretniej działania Frontu Ocalenia Narodowego (Frontul Salvării Naționale; FON) w dniach 27 – 31 grudnia 1989. Mimo, że obalona została dyktatura Nicolae Ceauşescu, to w Rumunii nadal ginęli ludzie. To właśnie Ion Iliescu stojący na czele FON sprawował wtedy faktyczną władzę w kraju. Akt oskarżenia jest następstwem wielomiesięcznego śledztwa, w trakcie którego prokuratorzy współpracowali z historykami, pisarzami i dziennikarzami, którzy zajmowali się tematyką wydarzeń z grudnia 1989 roku. Zdecydowano także o badaniach archiwów zgromadzonych zarówno w wojskowych, jak i cywilnych placówkach. Śledczy przesłuchali też niezliczonych świadków tamtych wydarzeń. Głównym oskarżonym jest Ion Iliescu:

    „Jako inicjator i koordynator władzy wojskowej i politycznej, a później jako przewodniczący Rady Frontu Ocalenia Narodowego, Iliescu Ion zaakceptował i sformalizował środki o charakterze militarnym, z których niektóry miały oczywistą dywersyjną postać. Korzystając z pełnego autorytetu, Iliescu Ion mógł interweniować, aby powstrzymać zjawisko dywersji, ale nie działał w tym zakresie” - brzmi fragment aktu oskarżenia.

    W omawianym czasie w Rumunii panował chaos połączony z psychozą związaną z działalnością „terrorystów”. Zdarzały się między innymi przypadki, w których niektóre oddziały otrzymywały sprzeczne rozkazy mówiące o możliwości działań wrogich sił związanych z upadającym reżimem. Efektem były sytuacje, w których otwierany był ogień przeciw ludziom, którzy w żaden sposób nie stanowili zagrożenia.

    Głos w sprawie zabrał między innymi jeden z oskarżonych, Gelu Voican Voiculescu, który stwierdził że FON działał w trakcie rewolucji, która „nigdy nie jest delikatną sprawą”. Powiedział przy tym, że członkowie Frontu Ocalenia Narodowego podejmowali decyzję inspirowani nastrojem całego społeczeństwa. Ocenił, że decyzja o ponownym wszczęciu śledztwa w tej sprawie jest jedynie kwestią polityki uprawianej przez obecnego prezydenta Klausa Iohannisa (to na jego polecenie prokuratura zajmuje się tą sprawą – przyp. Red.).

    Obliczono, że do czasu ogłoszenia śmierci Nicolae Ceauşescu i jego żony Eleny, na terenie całej Rumunii śmierć poniosło 860 osób. Łączna liczba ofiar rewolucji 1989 roku to 1104 zabitych i ponad 3 tysiące rannych. Śmierci 244 osób można by teoretycznie uniknąć, gdyby po egzekucji dyktatorskiej pary udało się zapanować nad ówczesną sytuacją.

    Michał Torz

  • Ambasada Rumunii w Jerozolimie? Nie do końca

    Decyzja o przeniesieni ambasady Rumunii wywołała spore poruszenie, bo choć oba miasta dzieli nieco ponad godzina jazdy samochodem, to ruch ten może przynieść więcej niż tylko symboliczne zmiany. Tyle tylko, że ogłoszona przez premier Vioricę Dăncilę decyzja nie jest wiążąca

    Prezydent USA Donald Trump ogłosił w grudniu 2017 roku, że zamierza oficjalnie uznać Jerozolimę za stolicę Izraela. W maju 2018 roku przeniesiono tam ambasadę tego kraju. Decyzja ta, co oczywiste, wywołała protesty nie tylko wśród Palestyńczyków, lecz również w całym arabskim świecie. Zareagowały też inne kraje, nie związane bezpośrednio ani emocjonalnie w konflikt izraelsko-palestyński.

    Decyzję Donalda Trumpa otwarcie skrytykowała wtedy szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini. Nie zrobiła tego jednak w imieniu wszystkich krajów członkowskich ze względu na sprzeciw Czech, Węgier i właśnie Rumunii. Teraz władze tego kraju poszły o krok dalej, a decyzja o przeniesieniu do Jerozolimy własnej ambasady jest tym bardziej znacząca, że Rumunia sprawuje obecnie półroczną prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Tym samym premier Viorica Dăncilă doprowadziła do swego rodzaju rozłamu w unijnej polityce zagranicznej.

    Swoim pomysłem premier Dăncilă podzieliła się podczas corocznej konferencji AIPAC (American Israel Public Affairs Commitee) w Waszyngtonie. Choć gospodarze przyjęli jej deklarację z zadowoleniem, to wielu rumuńskich polityków reprezentujących różne partie krytykują tę decyzję. Ostro zareagował prezydent Klaus Iohannis, który ocenił że premier zniszczyła rumuńską politykę zagraniczną budowaną przez kilkadziesiąt lat na Bliskim Wschodzie. Były prezydent Traian Băsescu stwierdził wprost, że premier popisała się głupotą i sama nie rozumie słów które wypowiedziała. Inni komentatorzy zwracali szczególną uwagę na nie liczenie się z decyzją pozostałych krajów Unii Europejskiej.

    Od słowa do czynu jest jeszcze długa droga. Niektórzy komentatorzy wskazują, że premier Rumunii mówiła jedynie o tym, jakie jest jej zdanie w tej sprawie. Nie doszło natomiast do konkretnych ustaleń z tym związanych. Może więc chodzi tylko o zabieg PR-owy, który będzie miał jedynie krótkotrwały efekt?

    Jerozolima od lat jest areną konfliktu pomiędzy Izraelczykami a Palestyńczykami. Tradycyjnie wielokulturowe miasto znalazło się w granicach Izraela, a w 1967 roku wojska tego kraju zajęły także jego wschodnią część. Sytuacja jest patowa, bo Palestyńczycy widzieliby tam stolicę swojego kraju. W 1980 roku izraelski parlament przyjął ustawę mówiącą o tym, że miasto jest stolicą kraju, jednak większość krajów uznaje że status ten posiada Tel Awiw.

    Michał Torz

  • Ambasador RP w Bukareszcie: "Relacje polityczne są bardzo bliskie. Tak naprawdę jedziemy na jednym wózku"

    O tym, co Rumuni sądzą o Polsce, jak zmienić wizerunek Rumunii w naszym kraju i na kilka innych tematów rozmawialiśmy z Marcinem Wilczkiem, ambasadorem RP w Bukareszcie.

    Co Rumuni sądzą o Polakach i o Polsce?

    Funkcja ambasadora Polski w Rumunii jest w pewnym sensie bardzo komfortowa, bo Polska ma bardzo dobrą opinię w Rumunii. Wynika to między innymi z tempa rozwoju gospodarczego i społecznego w Polsce przez ostatnie dwadzieścia pięć lat. To, że po upadku komunizmu Polska poradziła sobie znacznie lepiej niż Rumunia. Do tego dochodzi członkostwo w Unii Europejskiej, jaką Polska pozycję zajęła w Europie. Jest tutaj pewna nuta uznania i pewna nuta zazdrości, jeśli chodzi o postrzeganie Polski w Rumunii. Polska ma bardzo dobrą markę, Polacy mają bardzo dobrą markę. Jest bardzo silna sympatia Rumunów do Polaków i to jest dostrzegalne.

    Jaka jest rola polskich przedsiębiorców w budowaniu tego wizerunku?

    Istnieje wiele przykładów biznesmenów z Polski, którzy tutaj zainwestowali. Na przykład Tymbark jest tutaj dwadzieścia pięć lat na rynku i widać wszędzie ich reklamy. Od niedawna jest tutaj z kolei wszędzie obecny Idea Bank. Aczkolwiek, budowa polskiej marki to nie tylko rola firm, lecz także specjalistów. W dużych międzynarodowych firmach pracuje bardzo wielu Polaków, szefem giełdy jest Ludwik Sobolewski [dawniej prezes giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie – przyp. Red.], szefem ING jest pan Michał Szczurek, tak więc Polacy są też obecni w takim kontekście. Jest to widoczne i doceniane.

    A jeśli chodzi o relacje polityczne?

    Relacje polityczne są bardzo bliskie. Tak naprawdę jedziemy na jednym wózku. Jesteśmy krańcowymi państwami Unii Europejskiej, jesteśmy flankowymi państwami NATO, mamy podobne problemy polityczne, które teraz się pojawiają. Mam na myśli np. Brexit. Mamy milion obywateli polskich na Wyspach, Rumuni mają czterysta tysięcy i tak samo są oni zaniepokojeni. Nie wiadomo przecież, co się wydarzy dalej. Mamy też podobne doświadczenia historyczne, więc pewne rzeczy widzimy podobnie. Mamy podobne doświadczenia, których państwa zachodnie nie mają, więc pewne rzeczy rozumiemy lepiej i rozmawiając ze sobą patrzymy na nie inaczej niż inni i jesteśmy przez to sobie bliscy.

    Jakie jeszcze czynniki sprawiają, że Polska jest ważna dla Rumunii w kontekście tych relacji?

    Jesteśmy największym państwem tego obszaru. Rumuni są dwudziestomilionowym państwem położonym w Europie wschodniej, my jesteśmy krajem czterdziestomilionowym położonym w Europie północno-wschodniej. To też gra swoją rolę. Do tego dochodzą inne istotne czynniki, jak demografia, potencjał gospodarczy, polityczny i wojskowy.

    Co można zrobić żeby te relacje były jeszcze lepsze?

    Jest wiele do zrobienia dla promocji Rumunii w Polsce, ale przede wszystkim muszą o to zadbać sami Rumuni. Polska, co powtarzam moim rumuńskim gospodarzom, miała dwa wielkie wydarzenia, które spowodowały, postrzeganie Polski się zmieniło. Była to prezydencja w Unii Europejskiej w 2011 roku i Euro 2012. To były takie wydarzenia, które wiele zmieniły. Raz, że przyjechało wtedy bardzo wielu eurokratów i urzędników, a następnie przyjechało wielu zwykłych obywateli, kibiców piłkarskich, którzy zobaczyli że Polska nie jest jakimś dzikim krajem na krańcu świata, tylko że jest to normalne nowoczesne państwo, które się rozwija. Że ma swoją kuchnię, swoich ludzi i tak naprawdę nie jest tak daleko.

    Często podnoszoną kwestią jest odległość pomiędzy naszymi krajami i wciąż istniejące braki w infrastrukturze drogowej...

    Bariery są raczej w głowach. Mam nadzieję, że Rumuni patrząc na nasze doświadczenia skorzystają z tego, że mają prezydencję w Unii w 2019 roku i to wykorzystają. Co jeszcze można zrobić? Państwa pobyt w Rumunii [w ramach projektu Caravana Go Romania – przyp. Red.] jest też łamaniem jakichś stereotypów i przesądów. W Polsce pokutują opinie o drogach rumuńskich, ale to jest oczywista nieprawda.

    Przejechaliśmy ten kraj wzdłuż i wszerz i nie możemy się z tym nie zgodzić. Pytanie tylko co zrobić, aby rozpowszechnić tę opinię?

    To już nie jest rola dla ambasad, bo my możemy wskazywać pewne rzeczy, ale ludzie sami muszą coś zobaczyć i czegoś dotknąć. Aczkolwiek to się zmienia, bo Polacy jeżdżą chętnie do Bułgarii i nawet tylko przejeżdżając przez Rumunię widzą jak to wygląda. Wielu Polaków przyjeżdża też do Rumunii w góry. Kilka tygodni temu, gdy byłem na przykład w Bran, gdzie widziałem kilkanaście autokarów z Polski, tak więc nie wiem czy to jest nadal aktualne, że Rumunia jest krajem znanym ze stereotypów. Myślę, że zmienia się to szybciej, niż nam się wydaje.

    Spotkaliśmy się w ramach projektu Caravana Go Romania. Co sądzi Pan o pomyśle zorganizowania podobnej wyprawy dla Rumunów, aby mogli zwiedzić Polskę?

    Jako urzędnik państwa polskiego bardziej mi zależy na promocji Polski. Bardzo się cieszę, że jesteście tutaj i promujecie Polskę, ale wydaje mi się że my w działalności ambasady powinniśmy podejmować się głównie promocji naszego kraju. Wysyłamy blogerów i dziennikarzy, którzy jeżdżą po Polsce, żeby zobaczyli jak nasz kraj się zmienił, bo oni też mają często w głowach obraz Polski sprzed 10 czy 15 lat i oni to potem przekazują dalej. To jest jakaś droga do powtórzenia. Teraz rozmawiam z kolei z klubem harleyowców, aby przyjechali w przyszłym roku na stulecie odzyskania niepodległości. W Rumunii jest przecież mnóstwo śladów polskich, jak np. pomnik marszałka Piłsudskiego w Bukareszcie. To jest też taka forma promocji Polski w Rumunii.

    Czyli nadal jest dużo do zrobienia?

    Wydaje mi się, że jest nierównowaga, gdyż Rumuni się bardziej interesują Polską niż Polacy Rumunią i trudno to zmienić. Zainteresowanie mediów jest tego dowodem. Media rumuńskie są bardziej zainteresowane, że przyjechały dawno nie widziane w Rumunii Polonezy i Duże Fiaty, niż media w Polsce.

  • Antyrządowe protesty w największych miastach Rumunii

    Według różnych źródeł na bukaresztańskim placu Victoriei zgromadziło się od 12 do nawet 20 tysięcy demonstrantów. Chodziło o sprzeciw wobec zmian w prawie, które mają wpłynąć na działalność sądów

    "Nie chcemy być narodem złodziei" czy "Rewolucja trwa". Pod takimi hasłami tysiące ludzi wyszło w niedzielny wieczór na ulice największych rumuńskich miast. Największe zgromadzenie odnotowano w Bukareszcie, gdzie mogło zebrać się nawet 20 tysięcy demonstrantów. Marsz przeszedł z placu Victoriei w stronę budynków rządowych, a następnie skierował się na plac Constituției. Demonstracje były skierowane przeciwko reformom proponowanym przez rząd koalicji PSD-ALDE, oraz szerzej - przeciwko klasie politycznej, której zarzuca się korupcję. Szczególnie chodziło zaś o reformy autorstwa ministra sprawiedliwości Tudorela Toadera.

    Projekty ustaw zmieniają między innymi sposób wyboru prokuratorów. Obecnie nominuje ich prezydent, teraz miałby zajmować się tym szef resortu sprawiedliwości. Pod zwierzchnictwem ministra sprawiedliwości ma także działać organ kontrolujący sędziów, którego powołanie zapowiedziano. Projekty Tudorela Toadera są krytykowane przez liderów opozycji, na których czele stoi prezydent Klaus Iohannis wywodzący się z Partii Narodowo Liberalnej. Zastrzeżenia do treści ustaw wystosowała także Komisja Europejska.

    Czytaj podsumowanie protestów z lutego bieżącego roku:

    Protesty, prezydenckie referendum i co dalej?

    Fot. Joanna Grams

  • Antyrządowe protesty w Rumunii. Nawet 40 tysięcy osób na ulicach Bukaresztu

    Pierwsze protesty odbyły się w największych miastach Rumunii w środę. Wtedy w skali kraju na ulice wyszło jednak zaledwie kilka tysięcy osób. Zgodnie z zapowiedziami, w niedzielę wieczorem odbyły się zaś marsze, które pod względem liczebności były jednymi z największych manifestacji po upadku komunizmu. Powodem niepokojów były wątpliwości związane z amnestią, którą rząd zapowiedział dla więźniów odbywających wyroki za drobne przestępstwa. Oficjalnie chodzi o zwolnienie miejsca w mocno przepełnionych zakładach karnych, jednak wiele osób obawia się że na wolność wyjdą też politycy skazani za korupcję.

    Marsz rozpoczął się na placu Universității, gdzie w zgromadzeniu wziął udział prezydent Klaus Iohannis wywodzący się z narodowo-liberalnej partii PNL. Następnie uczestnicy skierowali się kolejno do siedzib obu partii koalicyjnych - PSD i ALDE. "PSD [Partia Socialdemokratyczna] - czerwona plaga", "Chcemy sprawiedliwości, nie korupcji" czy "W demokracji złodzieje siedzą w więzieniach" - to tylko niektóre z haseł, które pojawiały się w trakcie demonstracji.

    Mało kto spodziewał się aż takich tłumów. W samym Bukareszcie na ulicach protestowało bowiem wedle różnych szacunków od piętnastu do prawie czterdziestu tysięcy osób, zaś w dwa razy mniejszym Klużu od pięciu do dziesięciu tysięcy. Mniejsze manifestacje miały też miejsce w wielu innych miastach, jednak nie miały one aż tak masowego charakteru. Ostatnie tego typu protesty miały miejsce w 2013 roku, kiedy to ludzie wyrażali sprzeciw wobec planów budowy ogromnej kopalni w miejscowości Roșia Montană. Wtedy to w przeciągu kilku tygodni w protestach wzięło udział około dwustu tysięcy osób.

    Fot. Irina Barla

  • Była minister skazana na sześć lat więzienia i ogromną grzywnę

    Chodzi o Elenę Udreę, w latach 2008-2012 minister rozwoju regionalnego i turystyki w rządzie Emila Boca (Partia Demokratyczno-Liberalne; PDL). Została ona skazana za liczne nadużycia oraz korupcję. Kara bezwzględnego pozbawienia wolności to jednak nie wszystko, gdyż Udrea prawdopodobnie będzie musiała też zapłacić ponad 8 mln RON tytułem zadośćuczynienia za wyrządzone szkody.

    Za przyjmowanie łapówek Udrea otrzymała wyrok pięciu lat, a nadużywanie władzy 6 lat. Według rumuńskiego prawa spędzi ona jednak w więzieniu tylko tyle lat, ile stanowi najwyższy zasądzony wyrok. Jest on o tyle surowy, że wiąże się też z zapłatą kwoty w wysokości 8 116 800 RON, co ma być zadośćuczynieniem za straty, jakich doznała Narodowa Agencja ds. turystyki (Autoritatea Naţională pentru Turism; ANT). Była minister była też oskarżana o defraudację środków unijnych, jednak w tej sprawie została ona uniewinniona.

    Wspomniana suma ośmiu milionów lejów została wydana na galę bokserską "Bute Gala", zorganizowaną w 2011 roku przez Rumuńską Federację Bokserską (Federației Române de Box; FRB), której prezesem był wtedy Rudel Obreja. Rzecz w tym, że pieniądze z ministerstwa trafiły wprost do zarządzanej przez niego spółki. Co więcej, suma ta była pierwotnie przeznaczona na promocję rumuńskiej turystyki. Za tę malwersację finansową Obreja usłyszał już wyrok pięciu lat pozbawienia wolności.

    Sama Udrea od początku trwania śledztwa twierdziła, że jest niewinna. Jednocześnie przed sąd trafiło jednak kilku jej byłych współpracowników, którzy przyznali się do winy otrzymując wyroki w zawieszeniu w wysokości od półtora roku do trzech lat. Co więcej, twierdzą oni, że pomagali jedynie byłej minister, która stała za wszystkimi omawianymi nadużyciami. Ogłoszony wyrok nie jest jeszcze prawomocny.

    Fot. Razvan Socol

  • Ciąg dalszy afery Tel Drum. Prokuratura zajęła majątek Liviu Dragnei

    Decyzja prokuratury to efekt prowadzonego śledztwa. W jego trakcie oskarżonych zostało osiem osób, którym postawiono między innymi zarzuty defraudacji funduszy unijnych, nadużycia władzy czy kierowania grupą przestępczą. Jednym z podejrzanych w sprawie jest lider PSD posiadającej większość w rządzącej krajem koalicji

    Prokuratorzy z Krajowego Urzędu Antykorupcyjnego (DNA) zabezpieczyli na poczet ewentualnych roszczeń majątek należący do podejrzanych, co zapowiadano już na początku śledztwa. Dotyczy to także Liviu Dragnei. Zajęto należące do niego nieruchomości zlokalizowane w Turnu Măgurele (okręg Teleorman) - działkę o powierzchni niemal trzech tysięcy metrów kwadratowych wraz ze znajdującym się tam budynkiem oraz mieszkanie o powierzchni osiemdziesięciu metrów kwadratowych. Prokuratorzy zabezpieczyli też dwa samochody (Skodę Superb i BMW X5) oraz aktywa o łącznej wartości niemal dwóch milionów lei.

    W przypadku udowodnienia podejrzanym winy, zabezpieczone majątki mają służyć pokryciu strat, na jakie narażony został skarb państwa. Łącznie mowa jest o sumie 20 milionów euro i 30 milionów lei. Pieniądze miały być defraudowane w okręgu administracyjnym Teleorman, kiedy Liviu Dragnea piastował tam urząd przewodniczącego okręgowej rady. Jak informują rumuńskie media, firma Tel Drum, której także dotyczy sprawa, nadal wygrywa przetargi w okręgu.

  • Czołowi politycy z czasów transformacji ustrojowej trafią do sądu

    Chodzi o byłego prezydenta Iona Iliescu i premiera Petre Romana, którzy w czerwcu 1990 roku doprowadzili do brutalnego rozprawienia się z pokojowymi manifestacjami. W efekcie ich działań zmarły cztery osoby, a ponad tysiąc zostało rannych.

    Po upadku reżimu komunistycznego w Rumunii nadal dochodziło do wielu protestów. Domagano się między innymi wprowadzenia prawa, które zakazywałoby dawnym politykom partii komunistycznej bycia członkami rządu. Mimo to, w wyniku wyborów 20 maja 1990 roku do władzy doszedł Front Wyzwolenia Narodowego, na którego czele stanął Ion Iliescu. Oprócz niego partię tworzyło też wielu innych działaczy partii komunistycznej.

    Choć po wyborach protesty osłabły, to najbardziej wytrwałe grupy manifestantów nadal okupowały piața Universității. Powstały tam między innymi barykady, rozstawiono też namioty. Do rozpędzenia demonstracji Ion Iliescu wezwał wtedy robotników i górników, którym wmówiono że protestujący to zbieranina alkoholików, narkomanów i faszystów. Apel poskutkował, na skutek czego do stolicy pociągami przyjechało ponad 10 tysięcy uzbrojonych w pałki zwolenników rządu.

    W efekcie kilka osób zginęło, a ponad tysiąc (oficjalnie 746) zostało rannych. Wielu demonstrantów zostało też bezprawnie aresztowanych. Wydarzenia te, zwane powszechnie „Mineriadami”, przez wiele lat kładły się zaś cieniem na politykach biorących udział w podburzaniu tłumu. Obecnie na ławie oskarżonych znajdzie się kilkanaście osób – oprócz Iliescu (byłego prezydenta) oraz Romana (byłego premiera) zasiądą na niej także inni członkowie ówczesnego rządu, służb specjalnych i Frontu Wyzwolenia Narodowego.

    Fot. www.comunismulinromania.ro

  • Czy były premier zrezygnuje z członkostwa w PSD?

    W ostatnim czasie Victor Ponta kilkukrotnie krytykował lidera socjalistów. Dzisiaj zapowiedział zaś, że wyśle prezesowi partii swoją rezygnację in blanco. Liviu Dragnea twierdzi z kolei, że nie ma żadnego powodu, dla którego Ponta miałby opuszczać PSD. Tego samego zdania jest premier Sorin Grindeanu.

    Oprócz krytyki skierowanej wobec lidera socjalistów, Ponta zwracał też ostatnio uwagę na problemy, z jakimi będzie musiał się zmierzyć obecny gabinet Sorina Grindeanu. Przypomniał on między innymi o tym, że jego rząd skupiał się na sprawach gospodarczych które powinny być priorytetem ponad wydatkami socjalnymi. Zaznaczył jednak, że trzyma kciuki za obecnego premiera. Sam Grindeanu odwzajemnił się mówiąc, że rząd Victora Ponty był jednym z najlepszych po 1989 roku. Wyraził również przekonanie, że powinien on przemyśleć swoją decyzję i pozostać w partii. Póki co nic nie wskazuje na to, aby w ślady byłego premiera poszli też inni członkowie PSD.

    Victor Ponta był szefem rządu w latach 2012-2015. Ustąpił ze stanowiska po masowych protestach, które miały miejsce po tragicznym pożarze w klubie Colectiv. W 2014 bezskutecznie kandydował też na urząd prezydenta Rumunii. Przegrał jednak wybory z Klausem Iohannisem wywodzącym się z Partii Narodowo Liberalnej. Obecnie Ponta jest szeregowym posłem z ramienia rządzącej partii socjaldemokratycznej. Karierę w rządzie kontynuuje jednak kilkoro z jego dawnych ministrów.

    Fot. PSD

  • Dalszy ciąg politycznego kryzysu. W niedzielę głosowanie nad wotum nieufności

    Zaostrza się kryzys w rumuńskim rządzie. Do dymisji podali się wszyscy ministrowie, jednak premier Sorin Grindeanu nie zamierza ustąpić. O wywołanie kryzysu oskarża on lidera PSD Liviu Dragneę, który ma w ten sposób zatrzymać pełnię władzy dla siebie.

    Do dymisji podali się już wszyscy ministrowie, choć jeszcze w czwartek mówiło się o paru osobach które miały pozostać w gabinecie Grindeanu. Władze Partii Socjaldemokratycznej (PSD) zagroziły wcześniej, że taki krok będzie skutkował wykluczeniem z ich ugrupowania. Taki los spotkał samego premiera, który nie godzi się ze stawianymi mu zarzutami i nie zamierza ustąpić dopóki prezydent Klaus Iohannis nie wyznaczy na jego stanowisko nowej osoby.

    Ustąpienia premiera domaga się jednak Liviu Dragnea - lider PSD, który sam nie mógł objąć funkcji premiera ze względu na ciążący na nim wyrok. Na niedzielne popołudnie zaplanowano głosowanie nad wotum nieufności, które ma ostatecznie pozbawić Grindeanu władzy. On sam także nie pozostaje bierny wobec ruchów swoich przeciwników. Premier publicznie oskarżył Liviu Dragneę o chęć przejęcia władzy i przypomniał, że był on odpowiedzialny za wszystkie nominacje w jego rządzie.

    Mimo dymisji całego gabinetu, Sorin Grindeanu nie jest osamotniony. Z pewnością może on liczyć na sympatię społeczeństwa, gdyż to właśnie Liviu Dragnea stał się na początku bieżącego roku symbolem korupcji i arogancji władzy. Grindeanu wspiera też między innymi Victor Ponta, który piastował urząd premiera do 2015 roku (podał się do dymisji po tragicznym pożarze w klubie Colectiv), a także wielu szeregowych działaczy PSD. Czy to wystarczy, aby zachować fotel premiera? Wszystko okaże się w niedzielę o 16:30 lokalnego czasu, podczas głosowania nad wotum nieufności.

    fot. Sorin Grindeanu zainicjował akcję #Dragneademisia w mediach społecznościowych, mającą na celu wezwane Liviu Dragneę do dymisji.

    Czytaj też: Ogromny kryzys w rządzie. Premier Rumunii stracił poparcie własnej partii

  • Dwa lata od tragicznego pożaru klubu Colectiv, winnych wciąż brak

    64 ofiar śmiertelnych i 147 rannych. Taki był bilans tragicznego pożaru, który wybuchł 30 października 2015 roku w bukaresztańskim klubie Colectiv. Mimo, że minęły już dwa lata, to wciąż jeszcze nikt nie usłyszał wyroku w tej sprawie.

    Do tragedii doszło w trakcie koncertu rockowego, który odbywał się z okazji zabawy haloweenowej. W zatłoczonym klubie wybuchł pożar, który szybko zaczął trawić łatwopalne dekoracje. Po pożarze wychodziły na jaw fakty, które stawiały w złym świetle zarówno właścicieli klubu, jak i urzędników. Wewnątrz nie stosowano bowiem odpowiednich zabezpieczeń, a także wykonywano pokaz pirotechniczny bez odpowiedniego zezwolenia. Mimo tych niedociągnięć klub działał nie nękany przez lokalne władze.

    Na ławie oskarżonych znaleźli się właściciele lokalu, specjaliści od pirotechniki oraz Cristian Popescu Piedone - ówczesny burmistrz czwartej dzielnicy Bukaresztu. Rodziny ofiar domagają się odszkodowań na kwotę przewyższającą 50 milionów euro. Proces wciąż trwa, na 20 listopada zaplanowano kolejne z serii przesłuchań, które mają wskazać winnych tragedii. W innej sprawie sądzeni są urzędnicy oskarżeni o niedopełnienie swoich obowiązków.

    Rodziny ofiar tragedii chcą, aby winni śmierci ich bliskich zostali osądzeni. Liczą też na to, że sprawa klubu Colectiv wpłynie na zmiany w służbie zdrowia, która ich zdaniem nie zapewnia należytej opieki ofiarom pożarów. Dwa lata temu pożar w Colectivie stał się przyczyną wielotysięcznych protestów antyrządowych. Młodzi ludzie byli wściekli na urzędników, którzy dopuścili do użytkowania klub nie posiadający wymaganych zezwoleń. Uważali, że przyczyną były łapówki.

    Pod koniec stycznia 2017 roku spłonął kolejny klub w Bukareszcie. W pożarze Bamboo Club nikt jednak nie ucierpiał.

    Fot. Plakaty stworzone podczas demonstracji w Klużu w 2015 roku.

  • Efekt demonstracji - prezydent zapowiada referendum

    Prezydent Klaus Iohannis ogłosił, że w związku z kontrowersjami dotyczącymi forsowanej przez socjaldemokratyczny rząd ustawy o amnestii będzie się starał o rozpisanie referendum. Ocenił, że mieszkańcy Rumunii powinni mieć prawo do decyzji, w jakim kierunku będą zmierzały zmiany.

    Decyzja prezydenta to efekt masowych protestów, które miały miejsce w niedzielę w wielu rumuńskich miastach. Wedle różnych szacunków, w samym Bukareszcie na ulicach znalazło się od dwudziestu do nawet czterdziestu tysięcy osób przeciwnych obecnemu rządowi. Oficjalne pismo w sprawie organizacji referendum trafiło we wtorek rano do obu izb rumuńskiego parlamentu.

    Pomysł prezydenta spotkał się z falą krytyki ze strony rządzącej koalicji PSD-ALDE. Liviu Dragnea, lider socjalistów, oskarżył go wręcz o działanie przeciw woli wyborców i stwierdził, że Iohannisowi zależy jedynie na zwiększeniu popularności w obliczu klęski PNL w minionych wyborach, w wyniku których jego partia uzyskała niewiele ponad 20% głosów. Iohannis odniósł się do tych słów mówiąc, że zmiany w prawie karnym nie znalazły się w przedwyborczych zapowiedziach obecnego rządu i dlatego mieszkańcy kraju mają pełne prawo, aby móc o tym zadecydować.

    Ostre słowa to jednak nie koniec sporu. Liviu Dragnea ogłosił bowiem, że on także zamierza zorganizować referendum. Chciałby poruszyć w nim kwestię wpisania do konstytucji definicji tradycyjnej rodziny oraz zniesienia immunitetów dla posłów i prezydenta. Dragnea uważa bowiem, że politycy nie mogą stać ponad prawem. Tyle, że na nim samym ciąży już prawomocny wyrok za korupcję.

  • Emigranci protestują. Nawet 100 tysięcy ludzi w centrum Bukaresztu

    Na placu Victoriei licznie pojawili się mieszkańcy Bukaresztu, ale to emigranci zarobkowi mieszkający na stałe w różnych krajach świata byli najważniejszymi uczestnikami antyrządowych protestów. Niestety, ponad 450 osób zostało rannych w wyniku starć z żandarmerią

    Przeciwnicy rządu skrzyknęli się przed internet. Od ponad miesiąca nawoływali emigrantów zarobkowych do przyjazdu, aby wspólnie zaprotestować przeciwko obecnemu rządowi. Na placu Victoriei można było zobaczyć flagi państw, w których na co dzień mieszkają, takich jak Anglia, Francja, Hiszpania czy Niemcy. Na ich wezwanie odpowiedziało też wielu mieszkańców Bukaresztu.

    Pierwsi demonstranci zaczęli zjawiać się od wczesnego popołudnia, a w późniejszych godzinach ich liczba stale rosła. O 17 protestowało już półtora tysiąca osób. Wtedy pojawiły się też pierwsze ofiary starć. Część demonstrantów chciała bowiem podejść bliżej budynków rządowych, co spotkało się z reakcją służb. Na tę chwilę bilans wieczornych demonstracji to 452 osób, w tym 24 żandarmów. Zamieszki rozpoczęła najprawdopodobniej agresywna grupa demonstrantów. Żandarmeria odpowiedziała gazem łzawiącym i armatkami wodnymi. Niestety, przy okazji ucierpiało wiele niewinnych osób. Najciężej ranna jest jedna z policjantek, która została brutalnie pobita przez grupę napastników.

    Prezydent Klaus Iohannis wydał oświadczenie w którym napisał, że każdy ma prawo do protestu. Potępił przy tym akty agresji zaznaczając jednak, że jego zdaniem służby zareagowały zbyt gwałtownie i wzywając ministra spraw wewnętrznych do wyjaśnień. Przedstawiciele policji tłumaczyli natomiast, że żandarmi używali gazu pieprzowego będącego częścią ich indywidualnego wyposażenia, ale tylko wobec agresywnych uczestników manifestacji któzy rzucali w ich kierunku ciężkimi przedmiotami.

    Według portalu Digi24.ro w Bukareszcie mogło zebrać się nawet 100 tysięcy manifestantów. 10 tysięcy osób protestowało w Klużu 7 tysięcy w Jassach, 5 w Sybinie, 4 w Braszowie. Mniejsze zgromadzenia zawiązywały się także w wielu innych rumuńskich miastach. Grupki protestujących pojawiły się też w niektórych miastach na terenie Unii Europejskiej.

    Fot. Digi24.ro