Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

Testimonials

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Sandro Rosell
FC Barcelona President

Protest

  • "Psie" wirale opanowały rumuński internet

    Zdjęcie ilustrujące niniejszy artykuł nie przedstawia oczywiście prawdziwego banknotu. To tylko jeden z graficznych żartów, który obiegł internet po weekendowych protestach. Pojawiły się one w efekcie zarzutów, jakie prezenterka jednej z rumuńskich stacji telewizyjnych wygłosiła względem demonstrantów.

    W trakcie relacjonowania protestów jedna z prowadzących ze stacji Romania TV, Denisa Pascu, oświadczyła że ich uczestnicy nie znaleźli się na ulicach przypadkowo:

    "Istnieją doniesienia, że uczestnicy mają płacone 100 lei, dzieci, młodzież trochę mniej, bo 50 lei, a psy 30" - powiedziała pani Pascu.

    Na jej niefortunne słowa natychmiast zareagowali internauci. W sieci dosłownie zawrzało, czego efektem jest cała masa okazjonalnych memów (patrz: link poniżej)

    "- Wujek mówi, że miałem płacone za udział w manifestacji. Co robić?
    - Powiedz, żeby wyszedł na spacer z dwoma psami. Jak wróci bez stówy, to jest debilem" - to z kolei jeden z żartów, który obiegł internet.

    Źródło grafiki: www.paginademedia.ro. Tam można znaleźć też więcej memów. Polecamy!

  • "Rumuński przełom" - zapis debaty [VIDEO]

    Jaka jest obecna sytuacja polityczna w Rumunii? Co warto wiedzieć o tym kraju i dlaczego warto go lepiej poznać? Na te i wiele innych pytań odpowiadał dr hab. Adam Burakowski (Instytut Studiów Wschodnich PAN) i Michał Torz (www.wrumunii.pl) podczas debaty, która została zorganizowana przez Fundację Republikańską.

    Niewielka sala w siedzibie fundacji zapełniła się osobami zainteresowanymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w ostatnich kilku tygodniach w Rumunii. Rozmowa dotyczyła jednak również wielu innych tematów (pełna lista poniżej). Poruszona została między innymi kwestia tożsamości narodu rumuńskiego, polityki zagranicznej prowadzonej przez ten kraj czy relacji z Polską. Nie zabrakło również omówienia zjawiska manele - charakterystycznego gatunku muzycznego, który według dr hab. Adama Burakowskiego odgrywa większą rolę w życiu społecznym, niż może się to na pierwszy rzut oka wydawać.

    Zapraszamy do obejrzenia debaty:

    "Od czasu do czasu z szumu medialnego dochodzą zdawkowe informacje na temat masowych protestów w Rumunii. Jednocześnie mówi się o obniżkach podatków i prorynkowych reformach gospodarczych. Jeżeli zatem zastanawiacie się nad tym, co faktycznie "piszczy w Rumunii", jaki jest kontekst społeczny tego, co się tam dzieje i jaki jest obecnie ten kraj – zapraszamy serdecznie do obejrzenia nagrania naszego spotkania!

    Jako ekspertów zaprosiliśmy:

    Dr hab. Adama Burakowskiego - politologa, publicystę, związanego ze Studium Europy Wschodniej UW, Instytutem Studiów Politycznych PAN, Klubem Jagieliońskim, specjalistę do spraw Rumunii.

    Michała Torza - archeologa i dziennikarza, autora bloga michaltorz.pl o życiu w Rumunii i redaktora portalu informacyjnego wrumunii.pl.

    Dyskusję poprowadził Dominik Mazur, koordynator projektów Fundacji Republikańskiej, z wykształcenia prawnik.

    Debata miała miejsce 7 marca 2017 roku w siedzibie Fundacji Republikańskiej przy ul. Nowy Świat 41 w Warszawie."- opis ze strony Fundacji Republikańskiej.

  • 3 lata więzienia za udział w antyrządowej demonstracji?

    Z taką propozycją wystąpił Tudor Ciuhodaru, jeden z członków PSD. Jego projekt ustawy zakładał od sześciu miesięcy do trzech lat więzienia dla osób, których działania stanowiłyby zagrożenie dla porządku konstytucyjnego lub działań rządu. Od kontrowersyjnego pomysłu odcięli się nawet inni członkowie partii rządzącej.

    Ciuhodaru stwierdził, że należy przeciwdziałać osobom, które mogą sparaliżować działania rządu. Zaprzeczył jednocześnie, aby jego projekt był w jakikolwiek sposób powiązany z trwającymi od miesiąca protestami. Jego celem miała natomiast być walka z separatyzmem węgierskiej ludności, która od lat walczy o utworzenie autonomii. Mimo tłumaczeń i odcięcia się partii od pomysłu, słowa posła wywołały niemałe zamieszanie. Czy będzie to kolejny pomysł, który zmobilizuje ludzi do udziału w manifestacjach? Przekonamy się już w niedzielę, na kiedy zapowiedziano kolejne masowe protesty.

    Fot. Facebook

  • 70 tysięcy osób żądało dymisji rządu

    Po dość spokojnym tygodniu w niedzielny wieczór antyrządowa manifestacja znowu wypełniła plac Victoriei w Bukareszcie. W skali kraju demonstrowało ponad sto tysięcy osób, które żądają dymisji gabinetu Sorina Grindeanu.

    Niewielkie grupki protestujących zbierały się już od godziny 16:00 lokalnego czasu. Z każdą godziną plac Victoriei wypełniał się jednak kolejnymi przeciwnikami rządu, sprzeciwiającymi się ostatnim decyzjom dotyczącym kodeksu karnego. O 21:00 protestowało już około 70 tysięcy osób. Wtedy też uczestnicy demonstracji podświetlili kolorowe kartki, tworząc gigantyczną trójkolorową flagę Rumunii. Mniejsze manifestacje odbyły się też m.in. w Klużu (14 tys. osób według digi24.ro), Sybinie (10 tys.), Timiszoarze i Jassach (po 3 tys. osób)

    Niedziela była trzynastym dniem protestów. Największe demonstracje odbyły się w miniony weekend, mimo wycofania się Sorina Grindeanu z decyzji o przyjęciu kontrowersyjnej ustawy dającej możliwość uniknięcia kary więzienia za przestępstwa korupcyjne. W międzyczasie do dymisji podał się minister rozwoju biznesu Florin Jianu i minister sprawiedliwości Florin Iordache.

    Fot. Dan Mihai Bălănescu

  • Antyrządowe protesty w największych miastach Rumunii

    Według różnych źródeł na bukaresztańskim placu Victoriei zgromadziło się od 12 do nawet 20 tysięcy demonstrantów. Chodziło o sprzeciw wobec zmian w prawie, które mają wpłynąć na działalność sądów

    "Nie chcemy być narodem złodziei" czy "Rewolucja trwa". Pod takimi hasłami tysiące ludzi wyszło w niedzielny wieczór na ulice największych rumuńskich miast. Największe zgromadzenie odnotowano w Bukareszcie, gdzie mogło zebrać się nawet 20 tysięcy demonstrantów. Marsz przeszedł z placu Victoriei w stronę budynków rządowych, a następnie skierował się na plac Constituției. Demonstracje były skierowane przeciwko reformom proponowanym przez rząd koalicji PSD-ALDE, oraz szerzej - przeciwko klasie politycznej, której zarzuca się korupcję. Szczególnie chodziło zaś o reformy autorstwa ministra sprawiedliwości Tudorela Toadera.

    Projekty ustaw zmieniają między innymi sposób wyboru prokuratorów. Obecnie nominuje ich prezydent, teraz miałby zajmować się tym szef resortu sprawiedliwości. Pod zwierzchnictwem ministra sprawiedliwości ma także działać organ kontrolujący sędziów, którego powołanie zapowiedziano. Projekty Tudorela Toadera są krytykowane przez liderów opozycji, na których czele stoi prezydent Klaus Iohannis wywodzący się z Partii Narodowo Liberalnej. Zastrzeżenia do treści ustaw wystosowała także Komisja Europejska.

    Czytaj podsumowanie protestów z lutego bieżącego roku:

    Protesty, prezydenckie referendum i co dalej?

    Fot. Joanna Grams

  • Antyrządowe protesty w Rumunii. Nawet 40 tysięcy osób na ulicach Bukaresztu

    Pierwsze protesty odbyły się w największych miastach Rumunii w środę. Wtedy w skali kraju na ulice wyszło jednak zaledwie kilka tysięcy osób. Zgodnie z zapowiedziami, w niedzielę wieczorem odbyły się zaś marsze, które pod względem liczebności były jednymi z największych manifestacji po upadku komunizmu. Powodem niepokojów były wątpliwości związane z amnestią, którą rząd zapowiedział dla więźniów odbywających wyroki za drobne przestępstwa. Oficjalnie chodzi o zwolnienie miejsca w mocno przepełnionych zakładach karnych, jednak wiele osób obawia się że na wolność wyjdą też politycy skazani za korupcję.

    Marsz rozpoczął się na placu Universității, gdzie w zgromadzeniu wziął udział prezydent Klaus Iohannis wywodzący się z narodowo-liberalnej partii PNL. Następnie uczestnicy skierowali się kolejno do siedzib obu partii koalicyjnych - PSD i ALDE. "PSD [Partia Socialdemokratyczna] - czerwona plaga", "Chcemy sprawiedliwości, nie korupcji" czy "W demokracji złodzieje siedzą w więzieniach" - to tylko niektóre z haseł, które pojawiały się w trakcie demonstracji.

    Mało kto spodziewał się aż takich tłumów. W samym Bukareszcie na ulicach protestowało bowiem wedle różnych szacunków od piętnastu do prawie czterdziestu tysięcy osób, zaś w dwa razy mniejszym Klużu od pięciu do dziesięciu tysięcy. Mniejsze manifestacje miały też miejsce w wielu innych miastach, jednak nie miały one aż tak masowego charakteru. Ostatnie tego typu protesty miały miejsce w 2013 roku, kiedy to ludzie wyrażali sprzeciw wobec planów budowy ogromnej kopalni w miejscowości Roșia Montană. Wtedy to w przeciągu kilku tygodni w protestach wzięło udział około dwustu tysięcy osób.

    Fot. Irina Barla

  • Emigranci protestują. Nawet 100 tysięcy ludzi w centrum Bukaresztu

    Na placu Victoriei licznie pojawili się mieszkańcy Bukaresztu, ale to emigranci zarobkowi mieszkający na stałe w różnych krajach świata byli najważniejszymi uczestnikami antyrządowych protestów. Niestety, ponad 450 osób zostało rannych w wyniku starć z żandarmerią

    Przeciwnicy rządu skrzyknęli się przed internet. Od ponad miesiąca nawoływali emigrantów zarobkowych do przyjazdu, aby wspólnie zaprotestować przeciwko obecnemu rządowi. Na placu Victoriei można było zobaczyć flagi państw, w których na co dzień mieszkają, takich jak Anglia, Francja, Hiszpania czy Niemcy. Na ich wezwanie odpowiedziało też wielu mieszkańców Bukaresztu.

    Pierwsi demonstranci zaczęli zjawiać się od wczesnego popołudnia, a w późniejszych godzinach ich liczba stale rosła. O 17 protestowało już półtora tysiąca osób. Wtedy pojawiły się też pierwsze ofiary starć. Część demonstrantów chciała bowiem podejść bliżej budynków rządowych, co spotkało się z reakcją służb. Na tę chwilę bilans wieczornych demonstracji to 452 osób, w tym 24 żandarmów. Zamieszki rozpoczęła najprawdopodobniej agresywna grupa demonstrantów. Żandarmeria odpowiedziała gazem łzawiącym i armatkami wodnymi. Niestety, przy okazji ucierpiało wiele niewinnych osób. Najciężej ranna jest jedna z policjantek, która została brutalnie pobita przez grupę napastników.

    Prezydent Klaus Iohannis wydał oświadczenie w którym napisał, że każdy ma prawo do protestu. Potępił przy tym akty agresji zaznaczając jednak, że jego zdaniem służby zareagowały zbyt gwałtownie i wzywając ministra spraw wewnętrznych do wyjaśnień. Przedstawiciele policji tłumaczyli natomiast, że żandarmi używali gazu pieprzowego będącego częścią ich indywidualnego wyposażenia, ale tylko wobec agresywnych uczestników manifestacji któzy rzucali w ich kierunku ciężkimi przedmiotami.

    Według portalu Digi24.ro w Bukareszcie mogło zebrać się nawet 100 tysięcy manifestantów. 10 tysięcy osób protestowało w Klużu 7 tysięcy w Jassach, 5 w Sybinie, 4 w Braszowie. Mniejsze zgromadzenia zawiązywały się także w wielu innych rumuńskich miastach. Grupki protestujących pojawiły się też w niektórych miastach na terenie Unii Europejskiej.

    Fot. Digi24.ro

  • Kolejny efekt protestów. Minister sprawiedliwości podaje się do dymisji

    Florin Iordache był jednym z antybohaterów wydarzeń ostatnich paru tygodni. To między innymi on stał za kontrowersyjną ustawą, która została wprowadzona w ubiegły wtorek. Teraz pojawił się z kolei w roli kozła ofiarnego, który ma na celu uspokojenie wściekłego społeczeństwa. Tylko czy to wystarczy?

    Minister sprawiedliwości wygłosił krótkie przemówienie w ramach posiedzenia rządu. Mówił w nim o problemach, które chciał rozwiązać, oraz o tym że przyjęte przez rząd metody były  zgodne z prawem i konstytucją. Jako powód swojego ustąpienia podał natomiast fakt, że jego starania okazały się niewystarczające dla społeczeństwa. Słowa byłego już ministra można uznać za bardzo delikatne wobec wielotysięcznych demonstracji, których powodem były właśnie działania firmowane jego nazwiskiem.

    Po weekendzie, kiedy to antyrządowe protesty zmobilizowały rekordową liczbę uczestników, sytuacja na ulicach największych rumuńskich miast jest spokojna. Protesty - choć o wiele mniej liczne - wciąż jednak trwają, a w weekend będą się one zapewne cieszyć większą frekwencją. Czas pokaże, czy sytuacja się ustabilizuje, czy też rząd będzie potrzebował kolejnych zmian kadrowych. Póki co, oprócz Iordache, ze swej funkcji zrezygnował już minister rozwoju biznesu Florin Jianu. Z PSD odeszła też grupa działaczy rozczarowanych działaniami rządu.

    Fot. Agnieszka Kamyszek

  • Kolejny rekord - 600 tysięcy osób na ulicach!

    Premier Sorin Grindeanu zapowiedział wczoraj wycofanie się z kontrowersyjnej ustawy, co zresztą nastąpiło. Mimo to na ulicach rumuńskich miast znowu zawrzało. Pod siedzibą rządu zebrało się nawet 300 tysięcy demonstrantów, a drugie tyle zgromadziły protesty w pozostałych miejscowościach.

    Skala protestów jest jeszcze większa niż w minionych dniach. W Klużu zebrało się nawet 50 tysięcy osób, kilkudziesięciotysięczne demonstracje odbyły się też w Timiszoarze i Sybinie. Protestujący domagają się dymisji rządu - i to mimo zrezygnowania z kontrowersyjnej ustawy, która de facto depenalizowałaby korupcję gdyby straty skarbu państwa wyniosły jednorazowo mniej niż 200 tysięcy lejów.

    Punktualnie o 21:00 czasu lokalnego uczestnicy antyrządowego protestu na placu Victoriei w Bukareszcie podnieśli w górę swoje telefony, co uchwycił w obiektywie Dan Mihai Bălănescu. Ilustruje to niewyobrażalną liczbę manifestantów, do których dołączyli także mieszkańcy innych części kraju. Dzisiaj popołudniu odbyła się także manifestacja zwolenników rządu, którzy sprzeciwiali się prezydentowi Klausowi Iohannisowi. Zaangażowało się w nią jednak mniej niż 200 osób.

    Fot. Dan Mihai Bălănescu

  • Liviu Dragnea zakpił z uczestników lutowych demonstracji

    Przywódca rządzącej partii socjaldemokratycznej, który dla wielu Rumunów jest czarnym charakterem tamtejszej polityki, postanowił w niecodzienny sposób zakpić z uczestników antyrządowych demonstracji. Z obrazka zamieszczonego na jego facebookowym profilu można bowiem dowiedzieć się, że manifestacje odbywały się jako sprzeciw przed... zmianą czasu.

    "Chcą zmienić godzinę! Jak złodzieje w nocy! #REZIST #NIE ŚPIMY" - tak brzmi napis umieszczony na zdjęciu, które ilustruje masowe demonstracje sprzed niemal dwóch miesięcy. To, co zabawne wydało się liderowi socjalistów, wzburzyło wielu internautów. W komentarzach pod zdjęciem dominują bowiem negatywne opinie zamieszczane przez uczestników tamtych wydarzeń. Niektórzy przekonują go, że tego typu żart to gruba przesada, inni namawiają do reorganizacji sztabu odpowiedzialnego za media społecznościowe.

    Tymczasem całkiem prawdopodobne jest, że ani Dragnea, ani też jego pracownicy nie są autorami żartu. Taką tezę przedstawił Ioan "Johnny" Bădeliță - satyryk, który zamieścił podobny wpis tuż przed politykiem. Wprawdzie bez ilustracji, oraz ze zwrotem "śpimy" zamiast używanego podczas protestów "nie śpimy", ale podobieństwo jest uderzające: "Ten moment, kiedy okrada cię Liviu Dragnea i publikuje we własnym imieniu" - skomentował zaistniałą sytuację Bădeliță. Ktokolwiek nie jest autorem żartu, to Dragnea stał się po raz kolejny wrogiem numer jeden dla rumuńskich internautów.

  • Liviu Dragnea: Protesty sprzyjają wrogom Rumunii

    Lider rządzącej partii socjaldemokratycznej stał się w minionych tygodniach głównym antybohaterem protestów, które przetoczyły się przez kraj. To właśnie on miał bowiem w opinii demonstrujących stać się głównym beneficjentem nowego prawa, które miało uchronić go od kary za malwersacje finansowe. Sam Dragnea twierdzi zaś, że protesty są profesjonalnie zorganizowane i sprzyjają jedynie wrogom Rumunii.

    Lider PSD wskazał na zagrożenia wobec kraju, takie jak ostatnie słowa prezydenta Mołdawii Igora Dodona, który na spotkaniu z Władimirem Putinem ocenił że w Rumunii znajduje się połowa historycznych ziem jego kraju. Nie on jednak jest winny protestom, a nieokreślone siły które wywołały masowe demonstracje dzięki dezinformacji, wykorzystując jedną z ustaw jako pretekst. W tym kontekście wskazał, że brali w nich udział także przedstawiciele międzynarodowych korporacji, które wcześniej wyrażały zaniepokojenie sytuacją w Rumunii.

    Dragnea sprawę traktuje na tyle poważnie, że zajęły się nią rumuńskie służby bezpieczeństwa. Będą one między innymi sprawdzać, czy pracownicy zagranicznych firm dostawali wolne lub premie zachęcające do udziału w protestach. Adrian Tutuianu, przewodniczący parlamentarnej komisji ds. służb specjalnych, powiedział wręcz że Rumunia może mieć do czynienia z inspirowaną przez Rosjan wojną hybrydową.

    Protesty na ulicach Bukaresztu i wielu innych rumuńskich miast trwają od kilku tygodni. Największe tłumy gromadziły się od wtorku, kiedy to rząd zatwierdził ustawę która doprowadzała do depenalizacji niektórych przestępstw korupcyjnych. W sobotę premier Sorin Grindeanu zapowiedział wycofanie kontrowersyjnej ustawy, jednak manifestacje się nie zakończyły. Wręcz przeciwnie - wczoraj w całym kraju protestowała rekordowa liczba 600 tysięcy osób, które domagały się dymisji rządu.

    Fot. Agnieszka Kamyszek

  • Mimo protestów rząd nadal forsuje kontrowersyjną ustawę

    W niedzielę w wielu rumuńskich miastach miały miejsce kolejne już protesty. Mieszkańcy wciąż demonstrują bowiem swój sprzeciw wobec projektu ustawy zakładającej amnestię dla więźniów. O zaprzestanie prac nad tym projektem apeluje też prezydent Klaus Iohannis, lecz rządząca koalicja PSD i ALDE nie zamierza ustąpić.

    Protestujących od początku wspiera prezydent Klaus Iohannis wywodzący się z będącej obecnie w opozycji partii PNL. Wezwał on obóz rządzący do zaprzestania prac nad projektem, któremu sprzeciwiają się obywatele. Prezydent podtrzymał też swoją decyzję o rozpisaniu referendum, jeżeli koalicja PSD i ALDE nie odstąpi od prac nad ustawą. Wiele wskazuje jednak na to, że ani działania prezydenta, ani masowe protesty mieszkańców nie przyczynią się do zmiany decyzji przez obecne władze. Zwłaszcza, że partia socjaldemokratyczna zdobyła w wyborach aż 45% głosów, deklasując tym samym pozostałe ugrupowania. Przedstawiciele PSD nie mijają się więc z prawdą mówiąc, że ich działania są legitymizowane poparciem społeczeństwa - choć z drugiej strony w swoim programie wyborczym socjaliści nie prezentowali pomysłów związanych z ustawą amnestyjną.

    Projekt ustawy od kilku tygodni wzbudza wielkie emocje. Istnieją bowiem obawy, że zapowiadana przez rząd amnestia będzie mogła służyć politykom skazanym za korupcję. Rząd przekonuje jednak, że nie ma takiej możliwości, a masowe zwolnienia więźniów skazanych za drobne przestępstwa służyć ma jedynie likwidacji problemu przepełnionych więzień. Podczas poniedziałkowej debaty minister sprawiedliwości Florin Iordache oświadczył, że ustawa nie będzie z całą pewnością dotyczyła gwałcicieli, morderców, ani osób odsiadujących wyroki za przestępstwa korupcyjne. W więzieniach mają także pozostać recydywiści.

    Fot. Florin Iordachu, minister sprawiedliwości. Źródło: PSD

  • Nowa fala protestów. Ponad 50 tysięcy osób na ulicach

    W samym Bukareszcie na antyrządowej demonstracji pojawiło się około 30 tysięcy osób - tak wynika przynajmniej z oficjalnych danych opublikowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Podobnie jak w ubiegłym tygodniu, liczne zgromadzenie miało też miejsce w Klużu. Tam na ulice wyszło ponad 10 tysięcy osób sprzeciwiających się kontrowersyjnej ustawie wprowadzającej amnestię dla więźniów odbywających wyroki za mniejsze przestępstwa. Wielu mieszkańców kraju uważa, że pozwoli to na ułaskawienie polityków odbywających kary za korupcję.

    Protesty rozpoczęły się około godziny 17:00 lokalnego czasu. W Bukareszcie uczestnicy spotkali się przy placu Universităţi, a następnie udali się na plac Victoriei. Później tłum przeszedł do dzielnicy Kiseleff, gdzie mieści się siedziba partii PSD. Jeden z przystanków marszu znajdował się też pod gmachem Ministerstwa Sprawiedliwości i Krajowej Rady Audiowizualnej. Jak informowali organizatorzy, ich celem było nakłonienie rządu do odstąpienia od kontrowersyjnej ustawy, o której nie było mowy w prezentowanym przed wyborami programie. Wsparł ich między innymi prezydent Klaus Iohannis, który powiedział że protestujący mają powody do oburzenia działaniami obecnego rządu.

    Oprócz Bukaresztu protesty odbyły się także w kilkunastu mniejszych ośrodkach. W Klużu zebrało się ponad 10 tysięcy osób, mniejsze demonstracje miały też miejsce w Timiszoarze (8 tys. osób), Sybinie (5 tys.), Jassach (3 tys.) i innych mniejszych miastach. Spotkania przeciwników obecnej władzy miały też miejsce za granicą, na przykład w Paryżu zebrało się kilkunastu demonstrantów. Liczba uczestników była porównywalna z ubiegłotygodniową odsłoną protestów, kiedy to na ulice miało wyjść około 50 tysięcy osób w całym kraju.

    AKTUALIZACJA:

    Według telewizji Digi24, w całym kraju w protestach wzięło wczoraj udział niemal sto tysięcy osób. Stacja oceniła, że były to najliczniejsze demonstracje od czasów rewolucji 1989 roku.

    Fot. Dan Mihai Bălănescu

  • Początek rozłamu w PSD?

    Choć obecne protesty są jedynie cieniem ogromnych manifestacji, jakie odbyły się w środowe popołudnie, to nie słabnie niechęć wobec rządzącej koalicji PSD i ALDE. W partii socjaldemokratycznej dochodzi też do rezygnacji działaczy z dotychczasowych stanowisk. Najwyrazistszym tego przykładem była dymisja Florina Jianu ze stanowiska ministra rozwoju biznesu, ale nie tylko on skrytykował decyzje rządu.

    Póki co nie można mówić o prawdziwym rozłamie, ale nie sposób przejść obojętnie wobec tego typu wydarzeń jak krytyka lidera PSD wypowiedziana przewodniczącego młodzieżówki partii (Mihai Sturzu wezwał go wczoraj do ustąpienia). Od rządu odwrócił się też Andrei Calin Tuns, były radny okręgu Maramuresz:

    "W trakcie mojej współpracy z PSD poznałem wielu wspaniałych ludzi! Nauczycieli, lekarzy, prawników, studentów, uczniów, robotników, przedsiębiorców, kobiety i mężczyzn! Wielu z nich jest dzisiaj wściekłych za to, co nastąpiło [...]. Dragnea, Grindeanu i Iordache nie są moimi liderami! Podpisałem rezygnację przez to jak uderzyli naród rumuński pięścią w twarz! - Napisał w emocjonalnym oświadczeniu Andrei Calin Tuns.

    Manifestacje, choć coraz mniej liczne (w piątek kilkadziesiąt tysięcy osób), rozprzestrzeniły się też na mniejsze miasta. O protestach w Bukareszcie i innych rumuńskich miastach rozpisują się media z całego świata. Do rumuńskiego rządu spłynęły zaś listy wyrażające zaniepokojenie faktem, że nowe ustawodawstwo będzie sprzyjało rozwojowi korupcji.

    Fot. Damian Pipiro

  • Protesty trwają, na weekend zapowiadana jest ogromna manifestacja

    Początkowo można było odnieść wrażenie, że protesty słabną. Tymczasem w piątkowy wieczór na ulicach znowu pojawiły się wielotysięczne tłumy. W skali całego kraju można mówić o nawet 300 tysiącach osób manifestujących swoje niezadowolenie.

    Tradycyjnie najwięcej ludzi zgromadziło się na bukaresztańskim placu Victoriei. Według publicznej telewizji TVR było tam ponad 120 tysięcy osób, według Digi24 - 150 tysięcy. Tymczasem w weekend można spodziewać się jeszcze liczniejszych wystąpień przeciwko rządowi Sorina Grindeanu. Niektóre media podają, że na ulice w skali kraju może wyjść nawet milion mieszkańców. Nawet jeżeli szacunki te są przesadzone, to pokazują one poziom frustracji obywateli rozczarowanych własną klasą polityczną.

    Rumuni otrzymują wsparcie z całego świata. Władze wielu krajów wysłały listy wyrażające zaniepokojenie tamtejszą sytuacją. Na ulicach spotkać też jednak można ludzi z wielu krajów - głównie studentów i pracowników międzynarodowych korporacji. Udział w protestach biorą też Polacy mieszkający w Rumunii. Na sobotni wieczór przygotowują oni nawet specjalny transparent wyrażający poparcie naszych rodaków. Rumuni mieszkający w Polsce spotkają się z kolei pod ambasadą w Warszawie.

    Piątek był czwartym dniem protestów z rzędu. Pierwsze demonstracje zaczęły się we wtorek późnym wieczorem, kiedy okazało się że rząd przyjął kontrowersyjną ustawę która może przyczynić się do wzrostu liczby przestępstw korupcyjnych. Wcześniej mieszkańcy Rumunii protestowali parokrotnie sprzeciwiając się tzw. ustawie amnestyjnej. Ona również została przyjęta podczas wtorkowego posiedzenia rządu. W tym przypadku jednak trafi ona jeszcze pod obrady sejmu, gdzie zostanie przedyskutowana.

    Fot. Dan Mihai Bălănescu

  • Protesty, prezydenckie referendum i co dalej?

    Wczoraj w Bukareszcie i innych większych miastach Rumunii odbyły się kolejne protesty, które świadczą o tym, że działania rządu cały czas są bacznie obserwowane przez jego przeciwników. I to pomimo faktu, że ustawa która doprowadziła do masowych demonstracji, została już uchylona przez senat. Fakt ten jest obecnie wykorzystywany przez polityków rządzącej koalicji, aby przekonać prezydenta Klausa Iohannisa do wycofania się z pomysłu organizacji referendum.

    Niedzielna była dwudziestym siódmym dniem z rzędu, gdy na ulicach rumuńskich miast dochodziło do antyrządowych wystąpień. Przypomnijmy, że wcześniej wielu mieszkańców brało udział w manifestacjach sprzeciwiając się projektowi tzw. ustawy amnestyjnej. Do wrzenia doprowadziły zaś zmiany w kodeksie karnym, które zakładały ściganie z urzędu przestępców korupcyjnych, którzy wyrządzili szkody warte więcej niż 200 tysięcy lejów.

    W kolejnych dniach Rumunia skupiła uwagę mediów całego świata po tym, jak w kolejnych odsłonach protestów bite były kolejne rekordy frekwencji. Już 1 lutego 300 tysięcy, a kilka dni później rekordowe 600 tysięcy osób wyszło na ulice w proteście przeciwko władzy i wszechobecnej korupcji. W uspokojeniu sytuacji nie pomogło zaś ani wycofanie się premiera Sorina Grindeanu z kontrowersyjnej ustawy, ani nawet zmiany personalne w rządzie, w wyniku których ustąpił m. in. minister sprawiedliwości Florin Iordache.

    Obecne protesty nie są już tak liczne, jednak świadczą o tym, że mieszkańcy będą wciąż pilnie obserwować działania rządu. Coraz częściej dochodzi też dochodzi też do prorządowych manifestacji, które jednak nie są zjawiskiem masowym. Jednocześnie przedstawiciele rządzącej PSD zwrócili się do prezydenta z propozycją odwołania referendum, które ich zdaniem nie ma sensu ze względu na uchylenie kontrowersyjnej ustawy.

    Referendum ma kosztować ok. 250 lejów. Mieszkańcy kraju mają wypowiedzieć się w nim, czy chcą aby walka z korupcją prowadzona przez Krajową Dyrekcję Antykorupcyjną (DNA) była kontynuowana. Projekt prezydenta wspiera jego rodzima PNL oraz USR, rządząca koalicja i Węgrzy z UDMR twierdzą z kolei, że w obliczu braku zmian w przepisach inicjatywa ta jest już tylko marnowaniem pieniędzy. Wcześniej idea przeprowadzenia referendum została jednak zatwierdzona przez parlament.

    Fot. Flaga Unii Europejskiej wykonana przez osoby protestujące w Bukareszcie 26 lutego 2017. Żródło: Digi24.ro

  • Roșia Montană na listę UNESCO?

    Znajdująca się w sercu Transylwanii miejscowość od wieków słynęła z wydobycia złota, jednak dopiero współczesne plany uruchomienia olbrzymich kopalni spotkały się z protestami aktywistów i lokalnych społeczności. Można wręcz stwierdzić, że były one początkiem budowania w Rumunii świadomego społeczeństwa obywatelskiego. Czy wniosek o wpisanie wsi na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO powstrzyma rząd i inwestorów?

    W okolicy Roșia Montană znajdują się szyby górnicze pamiętające jeszcze czasy rzymskie. W samej miejscowości dominuje zaś zabytkowa XIX-wieczna architektura, choć najstarsze domy pochodzą z wieku XVIII-go. Walka o zachowanie wsi oraz ochronę okolicznej przyrody zaczęła się kilkanaście lat temu, gdy kanadyjska firma Gabriel Resources zapowiedziała eksploatację tamtejszych złóż. Kopalnie miały dać pracę tysiącom mieszkańców, jednak plany inwestora zostały pokrzyżowane przez największe po 1989 roku protesty. Poskutkowały one rozpoczęciem procedury wpisania Roșia Montană na listę UNESCO w 2011 roku, jednak później sprawa przycichła.

    Kontynuację procedur związanych z wpisaniem wsi na listę UNESCO zapewnił nieoczekiwanie Dacian Cioloș. Niezbędne dokumenty przedstawiciele jego rządu wysłali tuż przed oddaniem władzy. Przedstawiciel stowarzyszenia Save Rosia Montana zajmującego się ochronąwioski nie popada jednak w przesadny optymizm:

    - Wygrywaliśmy tę walkę już wiele razy, ale korporacja wciąż wracała z nowymi sojusznikami i nowymi rządami - powiedział Tudor Bradatan, rzecznik kampanii "Save Rosia Montana", cytowany przez Thomson Reuters Foundation.

    Wiele wskazuje więc na to, że wieloletnia batalia o zachowanie transylwańskiej wsi jeszcze się nie skończyła.

    Fot. Mihai Gligor

  • Rumunia wrze. Około 300 tysięcy ludzi na ulicach

    To efekt wprowadzonego przez rząd pakietu ustaw, które przyczynić się mogą do zwiększenia korupcji. Fakt, że został on opublikowany w nocy ze wtorku na środę tylko wzmógł irytację obywateli przeciwnych obecnym władzom. Pierwsze demonstracje zaczęły się już wczoraj, jednak dopiero w następne popołudnie mieszkańcy Rumunii tłumnie wyszli na ulice.

    Wedle wszelkich szacunków mamy właśnie do czynienia z największymi protestami w historii Rumunii po 1989 roku. Ich uczestnicy domagają się, aby rząd odstąpił od kontrowersyjnego projektu. Pojawiają się także hasła nawołującego do dymisji gabinetu Sorina Grindeanu. Demonstracje przebiegają jednak w miarę spokojnie i póki co obyło się bez większych incydentów. Nie jest znana dokładna liczba demonstrantów. Wedle policji w Bukareszcie protestuje ok. 80 tysięcy osób. Niektóre źródła podają jednak liczby dwukrotnie wyższe - 150 tysięcy osób ma uczestniczyć w protestach w samej stolicy. Drugie tyle pojawiło się na ulicach innych rumuńskich miast, np. w Klużu 30 tysięcy, w sybinie i Timiszoarze po 20 tysięcy, w Jassach 10 tysięcy, a w Braszowie 8 tysięcy. Rumuni mieszkający za granicą spotykali się też pod ambasadami swojego kraju w stolicach innych państw. Grupka ludzi demonstrowała np. w Warszawie.

    Z protestującymi solidaryzują się partie opozycyjne. Członkowie Uniunea Salvați România (USR) na znak protestu zablokowali dziś na przykład mównicę w parlamencie. Prezydent Klaus Iohannis, który od początku sprzeciwiał się kontrowersyjnemu projektowi rządu, oświadczył zaś że nastąpił "dzień żałoby państwa prawa". Zaniepokojenie decyzjami rumuńskiego rządu wyraziła też Komisja Europejska, której przedstawiciele mówili o możliwości zaprzepaszczenia antykorupcyjnych reform, które wdrażano w Rumunii przez ostatnie dziesięć lat. Działania rządu spotkały się też z falą krytyki ze strony wielu krajów, takich jak Holandia, Kanada czy Niemcy.

    AKTUALIZACJA (22.23):

    Niestety, zaczęło dochodzić do pierwszych starć z policją. W ruch poszły kamienie i petardy, jednak agresywni demonstracji zostali wygwizdani przez pozostałych uczestników. Policja apeluje o spokój i rozejście się do domów.

    AKTUALIZACJA (22:30):

    Przed budynkami rządu spłonął plastikowy słup ogłoszeniowy. Część uczestników demonstraci samodzielnie usiłowała ugasić pożar. Co chwilę słychać było wybuchające petardy. Demonstranci powoli rozchodzili się do domów. Bilans zamieszek to póki co cztery ranne osoby - dwóch policjantów i dwóch uczestników manifestacji.

    Fot. Dan Mihai Bălănescu

  • Rząd wprowadził w życie kontrowersyjną ustawę amnestyjną

    W efekcie na wolność wyjdzie kilka tysięcy więźniów odsiadujących wyroki za drobne przestępstwa. Oficjalnie chodzi o rozwiązanie problemu przepełnionych zakładów karnych, jednak istnieją obawy że nowe prawo ma pomóc politykom skazanym za korupcję. Kolejna wprowadzona zmiana ma zaś utrudnić wymiarowi sprawiedliwości osądzanie kolejnych osób zamieszanych w afery łapówkarskie. Ustalono bowiem, że dopiero narażenie państwa na straty powyżej 200 tysięcy RON będzie przestępstwem ściganym z urzędu.

    Zmiany zostały wprowadzone przez rząd we wtorek wieczorem i weszły w życie około godziny pierwszej w nocy, tuż po opublikowaniu ich w dzienniku ustaw. Minister sprawiedliwości pytany o powody dla których zmiany w prawie karnym zostały tak późną porą odparł, że nie było żadnej szczególnej przyczyny - po prostu takie były godziny pracy rządowego zespołu. Dodatkowe kontrowersje wzbudził fakt, że ustawa została wprowadzona przez rząd bez poddania jej pod głosowanie parlamentu. W praktyce nie ma to jednak większego znaczenia, gdyż rządząca koalicja PSD i ALDE i tak posiada większość pozwalającą na przegłosowanie tego typu zmian.

    Minister Sprawiedliwości Florin Iordache zaznaczył, że nowe prawo to efekt realizacji postanowień Trybunału Konstytucyjnego z grudnia ubiegłego roku. Wyjaśniał, że nie chodzi o uczynienie jakiejkolwiek grupy ludzi bezkarnymi. W przypadku nadużyć opiewających na niższe kwoty konieczne będzie bowiem uregulowanie rachunku na rzecz państwa. Tyle, że nowe zasady zbiegły się w czasie z procesem, gdzie w charakterze oskarżonego występuje lider socjalistów Liviu Dragnea. Chodziło o narażenie skarbu państwa na sumę ponad 100 tys. RON, poprzez fikcyjne zatrudnianie osób w państwowych spółkach. Przypomnijmy, że Dragnea został już skazany za korupcję wyrokiem w zawieszeniu, co uniemożliwiło mu objęcie stanowiska premiera po wygranych przez PSD wyborach.

    Kolejnym efektem nowej ustawy będzie wypuszczenie na wolność kilku tysięcy więźniów odsiadujących wyroki za drobne przestępstwa, posiadających dzieci, lub będących w podeszłym wieku. Rząd szacuje ich liczbę na 2,5 tysiąca osób w skali kraju, służby penitencjarne zaś na ponad 3,5 tysiąca. Także to wywołało wiele kontrowersji. Mieszkańcy Rumunii od dwóch tygodni regularnie protestowali przeciwko tego typu zmianom obawiając się, że z amnestii skorzystają politycy skazani za korupcję. Przedstawiciele rządu wielokrotnie zapewniali z kolei, że tego typu przestępstwa - obok gwałtów i morderstw - nie będą objęte działaniem ustawy.

    Decyzje rządu spowodowały, że po raz kolejny na ulicach w całym kraju natychmiast pojawiły się tysiące demonstrantów. Mimo późnej pory, w samym Bukareszcie na placu Victoriei zebrało się ponad 5 tysięcy protestujących. W całym kraju mowa o liczbie około 10 tysięcy osób. Na następne dni zapowiadane są kolejne protesty.

    Fot. Kadr z filmu opublikowanego przez Vlada Petriego. Napis "aveți elicopter?" widniejący na transparencie oznacza "macie helikopter?" i odnosi się do ucieczki Nicolae Ceaușescu w 1989 roku z dachu obleganego budynku rządu.

  • Rząd zaczyna się łamać? Grindeanu: Usłyszałem głos ulicy

    Premier Rumunii Sorin Grindeanu zapowiedział uchylenie kontrowersyjnej ustawy, którą rząd uchwalił w trybie rozporządzenia w nocy ze wtorku na środę. Ustalono wtedy, że próg od którego osoby działające na szkodę państwa będą ścigane z urzędu będzie wynosił 200 tysięcy lejów. Nowy zapis w kodeksie karnym sprawił, że na ulice wyszły tysiące ludzi. A pamiętać należy o tym, że już kilka tygodni wcześniej miały miejsce protesty sprzeciwiające się tzw. ustawie amnestyjnej.

    Decyzje rządu wzbudziły kontrowersje nawet w rządzącej partii PSD. Niemal codziennie dochodziły sygnały od jej członków, którzy wyrażali dezaprobatę wobec działań gabinetu Sorina Grindeanu. Listy wyrażające zaniepokojenie sytuacją w Rumunii wysłali ambasadorzy kilku państw, ustawa wzbudziła też niezadowolenie Komisji Europejskiej. Czyżby wszystkie te argumenty dotarły do członków rządu? Lider PSD Liviu Dragnea nie zabrał w tej sprawie jeszcze głosu, lecz słowa premiera Sorina Grindeanu wskazują na to, że Rumuni swoją nieustępliwością doprowadzili do wycofania się rządu z kontrowersyjnej ustawy:

    - Usłyszałem głos ulicy - powiedział premier Rumunii Sorin Grindeanu. - Ogłaszam swoją decyzję jako premier. Nie chcę i nie życzę sobie podziałów w Rumunii. Rumunia nie może być podzielona na dwie części [...]. Jutro odbędzie się specjalne posiedzenie rządu w sprawie uchylenia rozporządzenia.

    Manifestujący do tej pory mieszkańcy kraju nie odtrąbili jednak jeszcze sukcesu. W sobotni wieczór w Bukareszcie zebrało się ponad 140 tysięcy osób (stan na 21:43 czasu lokalnego; według Digi24.ro). Protesty trwają też w wielu innych miastach. W Klużu zebrała się na przykład rekordowa w porównaniu do liczby mieszkańców demonstracja, w której wzięło udział ponad 35 tysięcy osób.

    Aktualizacja (22:30 czasu lokalnego):

    Według portalu Digi24.ro w całym kraju protestuje już ponad 330 tysięcy osób, z czego 170 tysięcy w Bukareszcie. Przeciwnicy rządu z całego kraju zjeżdżają się do Bukaresztu na dzisiejsze i jutrzejsze demonstracje.

    Fot. Wikipedia/Dan Mihai Bălănescu