Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

Testimonials

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Sandro Rosell
FC Barcelona President

Twierdza Argamum

  • Z wizytą u starowierców w Jurilovce. Twierdza Argamum i Przylądek Doloșman

    Zapytany o miejsca warte odwiedzenia w Rumunii wymieniam praktycznie z miejsca, podobnie jak większość przewodników:  starówkę Braszowa i Sybina, malowane monastyry Bukowiny, kościoły obronne w Siedmiogrodzie, Góry Zachodniorumuńskie, Deltę Dunaju, trasę Tranfagarską i kilka jeszcze dość dobrze znanych miejsc. Po chwili łapię się jednak na tym, że ten katalog atrakcji każdy jest w stanie znaleźć dzięki wujkowi Google, a bazując na swoim doświadczeniu wartałoby opowiedzieć o nieco mniej znanych miejscach. Dziś chciałbym pochylić się nad pewną wioską położoną w Dobrudży, kilkanaście kilometrów od znanej Polakom, z książki A. Stasiuka, miejscowości Babadag (swoją drogą w lokalnym punkcie informacji turystycznej doskonale kojarzono „Jadąc do Babadag”). W te urokliwe rejony zawędrowałem w maju 2017 r., kiedy dobrudżański step był jeszcze zielony.

    Wracając jednak do wioski – nosi ona dość swojsko brzmiącą nazwę Jurilovca [wym. Żurilowka]. Sporo miejscowości w Rumunii ma słowiańskie nazwy, co jest pamiątką jeszcze po okresie wędrówki ludów i niezwykle skomplikowanej historii tej części świata, w tym jednak przypadku źródłosłów nazwy osady jest o wiele młodszy. Nadana została jej przez licznie zamieszkujących Jurilovcę Lipowian, czyli Rosjan wyznających stary ryt prawosławia. Jako osoby sprzeciwiające się reformom religijnym wdrażanym przez władze carskie, uciekali masowo przed prześladowaniami za granicę, lub na krańce rosyjskiego imperium. Wioski różnych odłamów staroobrzędowców można zatem zobaczyć w Estonii, w Polsce, na Kaukazie, w syberyjskiej tajdze, a nawet na Bałkanach. W Rumunii terenem ich osadnictwa jest Delta Dunaju i Dobrudża, miejsca gdzie w XVIII i XiX w. trudno było dostać się carskim siepaczom i generalnie pozostawały na uboczu zainteresowania czynników oficjalnych, rosyjskich lub osmańskich.

    Jurilovca jest całkiem sporą wioską z urokliwymi biało – niebieskimi domkami, całkiem ciekawą molenną (świątynią starowierców) i przystanią, z której można popłynąć w kierunku Gura Portiței, miejscowości wypoczynkowej położonej na mierzei oddzielającej Jezioro Razim od Morza Czarnego. Czymś, co przygnało mnie tutaj była jednak przede wszystkim możliwość zobaczenia pobliskich ruin starożytnego miasta Argamum (Orgame) położonego na przylądku Doloșman. Osada ta została założona w VII w. p.n.e. przez greckich kolonistów, a według legend miała być też jednym z punktów przystankowych wyprawy Argonautów po złote runo. W czasach rzymskich zbudowano tu fortecę, która strzegła szlaków żeglugi po Morzu Czarnym – Jezioro Razim, nad którym na klifie wznoszą się ruiny twierdzy, było kiedyś połączone z morzem.

    Pierwszą rzeczą jak spotkała mnie po osiągnięciu Jurilovki była rozmowa dwóch starszych pań tocząca się, a jakże, po rosyjsku. Uradowało mnie to niezmiernie, ponieważ ułatwiało wejście w interakcje międzyludzkie i po prostu dogadanie się. Po rumuńsku jestem w stanie dość sporo przekazać rozmówcy, ale miewam spore kłopoty ze zrozumieniem odpowiedzi. Rosyjski, którym posługuję się dość swobodnie jest z kolei prawie w ogóle nieznany w Rumunii. Jarzmo komunizmu miało w tym kraju inne oblicze niż u nas i rosyjski był rzadko uczony w szkołach, co było elementem reżyserowanej lub autentycznej niezależności od Wielkiego Brata. Na moje nieskładne zapytania „vorbiți-vă limba rusă?” [czy mówi Pan/Pani po rosyjsku?] zwykle otrzymywałem pełne politowania spojrzenia, względnie zakłopotany uśmiech lub najczęściej energiczne zaprzeczenia. Stąd rosyjski usłyszany na zakurzonej dobrudżańskiej uliczce sprawił mi taką radość. 

    Nie pozostało nic innego jak po szybkich  zakupach, odwiedzeniu molenny i pogawędce z babuszkami przepłukać gardło piwem i ruszyć zdobywać twierdzę. Na tą krótką zdawałoby się chwilę zatrzymałem się w Sailors Pub (przy „głównej drodze” zaraz obok tablicy informującej o ruinach Argamum). Chwila przerodziła się jednak w nieco dłuższą posiadówkę z jednym z pracowników baru pochodzącym z Mołdawii, z którym niezmiernie przyjemnie rozmawiało się o tym i owym w języku Puszkina. Zbliżało się południe i późnomajowe słońce ładnie przypiekało. Ruszyłem w siedmiokilometrowy marsz w kierunku twierdzy, nie mając wielkiej nadziei na złapanie stopa, ponieważ nieutwardzona droga do ruin nie prowadziła w żadne inne konkretne miejsce (zresztą w całej wiosce był znikomy ruch samochodowy). Okazało się jednak, że szczęśliwe zbiegi okoliczności towarzyszące mi w ciągu całej wyprawy do Rumunii (a raczej życzliwość mieszkańców tego kraju) znajdą kontynuację tego dnia. Obok mnie, z propozycją podwózki, zatrzymał się kierowca Dacii, który akurat tego konkretnego dnia miał ochotę zrobić kilka zdjęć jeziora i twierdzy. Dzięki jego uprzejmości zaoszczędziłem sobie kilku kilometrów – przejście się dobrudżańskim stepem nie zalicza się może do sportów wyczynowych, ale słońce naprawdę przypiekało mocno w czerep w którym szumiało piwo wypite z Vitaliyem. Kierowca, choć rodowity Rumun mówił po rosyjsku, francusku….i troszkę po polsku, ponieważ sporo czasu spędził pracując z naszymi rodakami we Francji.

    Po dojechaniu na miejsce i pierwszym zachłyśnięciu się pięknem Capul Doloșman usłyszałem pytanie, które trochę ostudziło entuzjazm związany z nocowaniem w pałatce w tak pieknych okolicznościach przyrody: A węży to się nie boisz? – pyta kierowca – Jakich  węży? – odpowiadam pytaniem na pytanie. No tych tutaj, popatrz! Jak się okazało w rzadko odwiedzanej, kamienistej okolicy twierdzy Argamum, w dużej ilości przebywają węże, czarne i mniej więcej długości ramienia dorosłego człowieka. Podobno niejadowite i o ile dobrze zrozumiałem idą od wody – czy oznacza to, że to jakiś wodny gatunek gada już nie dopytałem. Jest ich dość sporo wygrzewających się na kamieniach ruin, warto zatem mieć to na uwadze i na wszelki wypadek dysponować jakimś kijkiem do ich spędzania ze ścieżki (zresztą uciekają same kiedy tylko poczują drgania powodowane przez maszerującego, a kijaszek do bardzo przydatne narzędzie w trakcie podróżowania po Rumunii, głównie z uwagi na pieski, te pasterskie jak i dworcowe).

    Co do samych ruin twierdzy Orgame, tudzież Argamum – ta pierwsza nazwa jest starogrecka, ta druga już łacińska, z okresu rzymskiego – nie znajdziemy tam dobrze zachowanych murów, raczej same fundamenty. To co widać to obrysy budowli ze starożytności, lub co bardziej prawdopodobne z okresu panowania Bizancjum na tych terenach (początki średniowiecza). W Argamum nie ma żadnych oznaczeń, tablic, informacji dla turystów, rzadko można spotkać pojedynczych zwiedzających, więc poczucie obcowania z historią jest bardzo silne. Wpływa na to także odludność tego miejsca. Najbliższa wioska jest siedem kilometrów na zachód, po drodze mija się jedynie dwa pojedyncze domki (chyba jakaś stacja badawcza?), ale nie są one widoczne z samej twierdzy. Wokół jest tylko step, przed nami ogromna przestrzeń jeziora i klif na którym wznoszą się ruiny Argamum. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie pozostałości najprawdopodobniej wczesnochrześcijańskiego kościoła (architektura przełomu starożytności i średniowiecza to nie moja specjalność, ale układ tej budowli jest podobny do kościołów). Cisza, spokój i możliwość długiego kontemplowania toni jeziora Razim. Swoją drogą jego nazwa też wywodzi się od  Rosjan, a konkretnie od Stieńki Razina, przywódcy siedemnastowiecznego powstania przeciwko samodzierżawiu carskiemu. W zniekształconej formie wraz z Lipowianami nazwa ta dotarła nad Dunaj. W samym jeziorze śmiało można się kąpać, choć dno i „plaża” są raczej kamieniste. Herbata przygotowana na wodzie z jeziora też smakowała wybornie.

    Nockę spędziłem nie w samych ruinach, a nieco poniżej nich. Miałem spory problem z wbiciem śledzi od pałatki w podłoże, bo pod cienka warstwą ziemi było mnóstwo kamieni. W środku nocy, wyglądając przez otwór na rękę, swego rodzaju okno pałatki, miałem okazję zobaczyć najbardziej rozgwieżdżone niebo jakie do tej pory  widziałem – widać było nawet Drogę Mleczną – widok rzadko spotykany w naszym coraz bardziej zanieczyszczonym światłem świecie. Wrażenie było niesamowite, ponieważ niebo było całkowicie bezchmurne, a w promieniu co najmniej kilku kilometrów nie było żadnego źródła światła.

    Wczesnym rankiem czas było ruszać w dalszą drogę. Tym razem nie łapałem stopa – nikt zresztą nie jechał znad jeziora w kierunku Jurilovki o siódmej rano. W Sailors Pub zatrzymałem się na kawę i pogawędkę z Vitaliyem, sporządziłem tabliczkę autostopowicza mówiącą, że chcę się dostać do drogi 2Cantoane. Potem dalsza podróż w kierunku Siedmiogrodu, gdzie czekała radykalna zmiana pogody, ziąb, deszcz, marznące stopy i serdeczne przyjęcie u węgierskich bratanków podlane wyśmienitą palinką.

    Autor, fot.: Piotr Przywojski