Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

Testimonials

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Sandro Rosell
FC Barcelona President

Polityka

Jest na to szansa, aczkolwiek Rumunia nie jest sama. Pojawił się pomysł, aby Mistrzostwa Świata w piłce nożnej zorganizowały wspólnie aż cztery kraje - Bułgaria, Grecja, Serbia i właśnie Rumunia. Tego typu deklarację złożył premier Bułgarii, Bojko Borisow. Ocenił, że jest to kwestia godna dalszej dyskusji

Do tej pory mistrzostwa nie odbyły się w tej części Europy. Co więcej, żadne z dotychczasowych mistrzostw nie były organizowane przez aż czterech gospodarzy. Według bułgarskiego premiera, jego kraj jest na to gotowy. Jako potwierdzenie przypomniał minione mistrzostwa świata w siatkówkę, które Bułgaria zorganizowała wspólnie z Włochami.

Nic nie jest przesądzone, bo do tej pory nikt nie zajął oficjalnego stanowiska w tej sprawie. Co więcej, na organizację mistrzostw jest więcej chętnych. Do tej pory chęć zostania gospodarzami turnieju zadeklarowała Anglia, Argentyna, Maroko, Paragwaj i Urugwaj.

Referendum miało wprowadzić zmianę w konstytucji precyzującą definicję rodziny jako „związku kobiety i mężczyzny”. Jego inicjatorzy obawiali się bowiem, że obecny zapis umożliwia legalizację związków homoseksualnych. Wynik plebiscytu jest jednak nieważny ze względu na zbyt niską frekwencję

Referendum było inicjatywą konserwatywnego stowarzyszenia Koalicja dla Rodziny (Coaliția pentru Familie). "Familia se întemeiază pe căsătoria liber consimțită între soți" - to ten zapis konstytucji mówi o tym, że "rodzina bazuje na dobrowolnej umowie małżeńskiej pomiędzy małżonkami". A to ma stanowić wytrych do wprowadzenia możliwości zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci. Koalicja dla Rodziny walczyła o zmianę zapisu od kilku lat. Pod wnioskiem o referendum w tej sprawie podpisały się 3 miliony obywateli. W końcu obie izby parlamentu zdecydowały, że zostanie ono zorganizowane. W weekend 6-7 października głosowano, czy zapis znajdujący się w konstytucji jasno określi definicję rodziny jako związek kobiety i mężczyzny.

Aby plebiscyt został uznany za ważny, musiało w nim wziąć udział minimum 30% uprawnionych do głosowania. W akcję zaangażował się rumuński kościół prawosławny. Do bojkotu wzywała z kolei spora część partii lewicowych i organizacje LGBT. Spora część sceny politycznej, na czele z główną opozycyjną Partią Narodowo-Liberalną (PNL), pozostała neutralna. Pod koniec pierwszego dnia frekwencja wyniosła zaledwie 5,72%. Sporo głosów spodziewano się po porannych mszach świętych, jednak do godziny 13:00 miejscowego czasu zagłosowało tylko 11,67% uprawnionych. Ostatecznie głos w referendum oddało niewiele ponad 20% uprawnionych do głosowania. I choć ponad 90% głosów popierało zmianę w konstytucji, to referendum okazało się nieważne.

Tuż po ogłoszeniu pierwszych wyników dotyczących frekwencji pojawiło się wiele krytycznych głosów dotyczących plebiscytu, który kosztował państwo niemal 164 miliony lei (około 35 milionów euro. Liviu Dragnea, lider rządzącej Partii Socjaldemokratycznej, jest oskarżany przez lewicę o próbę manipulacji społeczeństwem za pomocą kłamstw i strachu. Co ciekawe, on też jest celem ataków ze strony Koalicji dla Rodziny. Według przedstawicieli stowarzyszenia rząd zbyt mało robił, aby zachęcać obywateli do udziału w głosowaniu.

Na razie nie ma oficjalnej informacji dotyczącej tego, czy Koalicja dla Rodziny będzie w przyszłości kontynuować walkę o zmianę konstytucji.

To inicjatywa konserwatywnej Koalicji dla Rodziny (Coaliția pentru Familie). Jej działacze chcą zmiany w konstytucji, która określi definicję rodziny, która "bazuje na dobrowolnej umowie małżeńskiej pomiędzy mężczyzną i kobietą". Przedstawiciele Koalicji twierdzą bowiem, że obecny zapis daje możliwość legalizacji w Rumunii małżeństw homoseksualnych

"Familia se întemeiază pe căsătoria liber consimțită între soți" - to ten zapis konstytucji nie daje spokoju konserwatywnej Koalicji dla Rodziny. Mówi on bowiem o tym, że "Rodzina bazuje na dobrowolnej umowie małżeńskiej pomiędzy małżonkami". A to ma stanowić wytrych do wprowadzenia możliwości zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci. Koalicja dla Rodziny walczyło o zmianę zapisu od kilku lat. Pod wnioskiem o referendum w tej sprawie podpisały się 3 miliony obywateli. Obie izby parlamentu zdecydowały, że zostanie ono zorganizowane.

Referendum rozpoczęło się w sobotę o 7 rano i potrwa do godziny 21 w niedzielę. Aby plebiscyt został uznany za ważny, musi w nim wziąć udział minimum 30% uprawnionych do głosowania. Pod koniec pierwszego dnia frekwencja wyniosła zaledwie 5,72%. W niedzielę o godzinie 11 miejscowego czasu łącznie zagłosowało już 7,24% uprawnionych. To właśnie niska frekwencja może sprawić, że proponowana zmiana nie wejdzie w życie. Do bojkotu referendum nawołują między innymi organizacje LGBT.

Aktualizacja:

Do godziny 13:00 miejscowego czasu zagłosowało 11,67% uprawnionych.

Aktualizacja:

Do godziny 19:00 miejscowego czasu zagłosowało 18,87 % uprawnionych.

Aktualizacja:

Nieoficjalnie: W referendum wzięło udział niespełna 20% uprawnionych do głosowania. Niezależnie od wyniku, zmiany w konstytucji nie zostaną wprowadzone.

Urodzona w Bukareszcie Roxana Mărăcineanu powiedziała, że jest w pełni Rumunką i w pełni Francuzką. Dawna mistrzyni świata w pływaniu właśnie została ministrem sportu, zastępując na tym stanowisku Laurę Flessel

Nowa minister zakończyła karierę sportową w 2004 roku. Od tej pory była między innymi konsultantką w telewizji, angażowała się także we francuską politykę lokalną.

Roxana Mărăcineanu urodziła się w Bukareszcie w 1975 roku. Wyemigrowała wraz z rodziną do Francji w 1984. Była u szczytu kariery w 1998 roku, kiedy w Perth zdobyła mistrzostwo świata na 200 metrów stylem grzbietowym. Dwa lata później, podczas igrzysk olimpijskich w Sydney zdobyła drugie miejsce (pokonała ją inna Rumunka, Diana Mocanu). Jak mówiła później w wywiadach, podczas rumuńskiego hymnu była bardzo wzruszona i czuła, że był zagrany dla niej. Wielokrotnie podkreślała swoje rumuńskie korzenie stwierdzając między innymi, że jest w pełni Rumunką i w pełni Francuzką.

Na placu Victoriei licznie pojawili się mieszkańcy Bukaresztu, ale to emigranci zarobkowi mieszkający na stałe w różnych krajach świata byli najważniejszymi uczestnikami antyrządowych protestów. Niestety, ponad 450 osób zostało rannych w wyniku starć z żandarmerią

Przeciwnicy rządu skrzyknęli się przed internet. Od ponad miesiąca nawoływali emigrantów zarobkowych do przyjazdu, aby wspólnie zaprotestować przeciwko obecnemu rządowi. Na placu Victoriei można było zobaczyć flagi państw, w których na co dzień mieszkają, takich jak Anglia, Francja, Hiszpania czy Niemcy. Na ich wezwanie odpowiedziało też wielu mieszkańców Bukaresztu.

Pierwsi demonstranci zaczęli zjawiać się od wczesnego popołudnia, a w późniejszych godzinach ich liczba stale rosła. O 17 protestowało już półtora tysiąca osób. Wtedy pojawiły się też pierwsze ofiary starć. Część demonstrantów chciała bowiem podejść bliżej budynków rządowych, co spotkało się z reakcją służb. Na tę chwilę bilans wieczornych demonstracji to 452 osób, w tym 24 żandarmów. Zamieszki rozpoczęła najprawdopodobniej agresywna grupa demonstrantów. Żandarmeria odpowiedziała gazem łzawiącym i armatkami wodnymi. Niestety, przy okazji ucierpiało wiele niewinnych osób. Najciężej ranna jest jedna z policjantek, która została brutalnie pobita przez grupę napastników.

Prezydent Klaus Iohannis wydał oświadczenie w którym napisał, że każdy ma prawo do protestu. Potępił przy tym akty agresji zaznaczając jednak, że jego zdaniem służby zareagowały zbyt gwałtownie i wzywając ministra spraw wewnętrznych do wyjaśnień. Przedstawiciele policji tłumaczyli natomiast, że żandarmi używali gazu pieprzowego będącego częścią ich indywidualnego wyposażenia, ale tylko wobec agresywnych uczestników manifestacji któzy rzucali w ich kierunku ciężkimi przedmiotami.

Według portalu Digi24.ro w Bukareszcie mogło zebrać się nawet 100 tysięcy manifestantów. 10 tysięcy osób protestowało w Klużu 7 tysięcy w Jassach, 5 w Sybinie, 4 w Braszowie. Mniejsze zgromadzenia zawiązywały się także w wielu innych rumuńskich miastach. Grupki protestujących pojawiły się też w niektórych miastach na terenie Unii Europejskiej.

Fot. Digi24.ro

Podczas oficjalnej wizyty w Czarnogórze premier Rumunii pomyliła Podgoricę ze stolicą Kosowa... którego Rumunia zresztą nie uznaje. To nie pierwsza wpadka premier, którą natychmiast podchwyciły rumuńskie media

Do pomyłki doszło podczas konferencji prasowej z udziałem premiera Czarnogóry. Premier Viorica Dăncilă powiedziała, że to jej pierwsza oficjalna wizyta w Czarnogórze i pierwsza wizyta w Prisztinie. Błąd został wychwycony przez tłumaczkę, które przetłumaczyła Prisztinę jako Podgoricę. Wpadkę pani premier podchwyciły jednak rumuńskie media, które wytykają szefowej rządu brak kompetencji.

To nie pierwszy raz, gdy Viorica Dăncilă popełnia tego typu błędy. Wcześniej zapomniała nazwiska premiera Estonii, gdy podczas oficjalnej konferencji prasowej dziękowała mu za spotkanie. Chwilę wcześniej okazało się też, że estońska flaga została zawieszona złą stroną. Rumuńskie media przypominają też między innymi przemówienie, w trakcie którego premier pomyliła "redukcję biurokracji" z "redukcją demokracji".