Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

Testimonials

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Sandro Rosell
FC Barcelona President

Polityka

Służby antykorupcyjne wszczęły śledztwo dotyczące ponad tysiąca mieszkań w ścisłym centrum Timiszoary. Zgodnie z ustawą lokale mogły być wykupione przez byłych właścicieli, jednak domy w atrakcyjnych lokalizacjach często trafiały w ręce spekulantów. Straty skarbu państwa są wyceniane na około 40 milionów euro.

Zgodnie z prawem o wykup mieszkań mogły ubiegać się osoby, które posiadały podpisaną umowę najmu przed 25 stycznia 1996 roku. Miało to doprowadzić do sytuacji, w której dawni właściciele odzyskaliby utracone w wyniku nacjonalizacji nieruchomości. Na 968 przypadków wiele wzbudza jednak kontrowersje, gdyż przekazanie mieszkań miało odbywać się z naruszeniem prawa. Dwa tego typu przypadki wiąże się natomiast z obecnym merem Timiszoary, Nicolae Robu. Według Krajowej Dyrekcji Antykorupcyjnej (Direcția Națională Anticorupție) mieszkanie trafiło bowiem do osoby, która w momencie wejścia w życie ustawy nie mieszkała w lokalu, który został jej przekazany.

Nicolae Robu stanowczo zaprzecza jednak zarzutom. W specjalnym oświadczeniu podkreślił, że nie ma nic wspólnego ze wzbudzającymi kontrowersje decyzjami reprywatyzacyjnymi. Uznał też ataki mediów za oburzające, gdyż przypisuje mu się udział w masowym procederze ze względu na jedną decyzję - którą zresztą uznał on za podjętą zgodnie z prawem. Wersję mera potwierdził też obecny właściciel domu, który odzyskał nieruchomość za kwotę około 8 tys. euro. W rozmowie z dziennikarzami portalu Digi24.ro stwierdził on, że wszystkie formalności zostały wykonane zgodnie z ówczesnym prawem.

Wciąż nie wiadomo, ile spośród 968 transakcji zostało przeprowadzonych z naruszeniem przepisów. Z pewnością można jednak spodziewać się dalszych działań DNA, której przedstawiciele analizują wszystkie przypadki zwrotów nieruchomości w Timiszoarze. W mediach pojawiły się nawet doniesienia mówiące o powiązaniu ze sprawą premiera Sorina Grindeanu, który w latach 2008-2012 pełnił funkcję zastępcy mera miasta. Sam Grindeanu ocenił, że tego typu insynuacje są najgorszą z możliwych manipulacji i zaprzecza, jakoby brał udział w badanym przez służby procederze.

Na zdjęciu: Mieszkania zwrócone dzięki decyzji mera Nicolae Robu. Źródło: Nicolae Robu

Początek 2017 roku zostanie w Rumunii zapamiętany przez pryzmat największych antyrządowych demonstracji od upadku komunizmu. Reporterzy stacji Digi24 postanowili stworzyć z dostępnych materiałów dokument, w którym wyjaśnione są kulisy protestów. Efektem ich pracy jest 45-minutowy reportaż pokazujący wydarzenia z największych rumuńskich miast.

Antyrządowe demonstracje miały miejsce od początku roku i były związane ze sprzeciwem wobec planów wprowadzenia amnestii dla więźniów odsiadujących niskie wyroki. Według rządzącej partii socjaldemokratycznej miało to rozwiązać problem przepełnionych zakładów karnych, według przeciwników rządu ustawa miała być z kolei furtką pozwalającą na uwolnienie polityków skazanych za korupcję. Eskalacja protestów nastąpiła zaś 31 stycznia, kiedy to rząd przyjął w trybie rozporządzenia kontrowersyjną ustawę zwiększającą kwotę, od której działanie na szkodę państwa uznane byłoby za przestępstwo. Pułap 200 tysięcy RON oznaczał bowiem, że kary uniknąłby między innymi Liviu Dragnea - lider socjalistów, na którym ciąży już prawomocny wyrok w zawieszeniu za przestępstwa korupcyjne.

Dzień później na ulice wyszło 300 tysięcy osób sprzeciwiających się działania rządu. W weekend pobito kolejny rekord, kiedy to w całej Rumunii protestowało aż 600 tysięcy manifestantów. Mimo, że premier Sorin Grindeanu zapowiedział wycofanie się z przyjęcia ustawy. Protesty były omawiane w mediach całego świata, a zdjęcia prezentujące tłumy zgromadzone na placu Victoriei w Bukareszcie były udostępniane przez dziesiątki tysięcy internautów. Reporterzy stacji Digi24 postanowili opublikować materiał, który pozwoliłby wyjaśnić obcokrajowcom kulisy tamtych wydarzeń:

- Chcieliśmy pokazać niektóre z wydarzeń, które nie były widoczne w telewizji w tamtych dniach. Nie było możliwości nagrać wszystkiego. Praca nad tym materiałem pokazała nam, że niezależnie od miejsca wszyscy Rumuni mają takie same ideały. Jedyną różnicą był sposób, w jaki były one wyrażane. Naród osiągnął dojrzałość aby samemu się bronić - powiedziała Oana Despa, producent dokumentu, cytowana przez Digi24.ro.

Jaki jest efekt pracy reporterów stacji? Warto samemu się przekonać, oglądając film z angielskimi napisami dostępny poniżej.

Źródło. Digi24.ro

Fot. Dan Mihai Bălănescu

Po dość spokojnym tygodniu w niedzielny wieczór antyrządowa manifestacja znowu wypełniła plac Victoriei w Bukareszcie. W skali kraju demonstrowało ponad sto tysięcy osób, które żądają dymisji gabinetu Sorina Grindeanu.

Niewielkie grupki protestujących zbierały się już od godziny 16:00 lokalnego czasu. Z każdą godziną plac Victoriei wypełniał się jednak kolejnymi przeciwnikami rządu, sprzeciwiającymi się ostatnim decyzjom dotyczącym kodeksu karnego. O 21:00 protestowało już około 70 tysięcy osób. Wtedy też uczestnicy demonstracji podświetlili kolorowe kartki, tworząc gigantyczną trójkolorową flagę Rumunii. Mniejsze manifestacje odbyły się też m.in. w Klużu (14 tys. osób według digi24.ro), Sybinie (10 tys.), Timiszoarze i Jassach (po 3 tys. osób)

Niedziela była trzynastym dniem protestów. Największe demonstracje odbyły się w miniony weekend, mimo wycofania się Sorina Grindeanu z decyzji o przyjęciu kontrowersyjnej ustawy dającej możliwość uniknięcia kary więzienia za przestępstwa korupcyjne. W międzyczasie do dymisji podał się minister rozwoju biznesu Florin Jianu i minister sprawiedliwości Florin Iordache.

Fot. Dan Mihai Bălănescu

Florin Iordache był jednym z antybohaterów wydarzeń ostatnich paru tygodni. To między innymi on stał za kontrowersyjną ustawą, która została wprowadzona w ubiegły wtorek. Teraz pojawił się z kolei w roli kozła ofiarnego, który ma na celu uspokojenie wściekłego społeczeństwa. Tylko czy to wystarczy?

Minister sprawiedliwości wygłosił krótkie przemówienie w ramach posiedzenia rządu. Mówił w nim o problemach, które chciał rozwiązać, oraz o tym że przyjęte przez rząd metody były  zgodne z prawem i konstytucją. Jako powód swojego ustąpienia podał natomiast fakt, że jego starania okazały się niewystarczające dla społeczeństwa. Słowa byłego już ministra można uznać za bardzo delikatne wobec wielotysięcznych demonstracji, których powodem były właśnie działania firmowane jego nazwiskiem.

Po weekendzie, kiedy to antyrządowe protesty zmobilizowały rekordową liczbę uczestników, sytuacja na ulicach największych rumuńskich miast jest spokojna. Protesty - choć o wiele mniej liczne - wciąż jednak trwają, a w weekend będą się one zapewne cieszyć większą frekwencją. Czas pokaże, czy sytuacja się ustabilizuje, czy też rząd będzie potrzebował kolejnych zmian kadrowych. Póki co, oprócz Iordache, ze swej funkcji zrezygnował już minister rozwoju biznesu Florin Jianu. Z PSD odeszła też grupa działaczy rozczarowanych działaniami rządu.

Fot. Agnieszka Kamyszek

Wywodzącego się z Partii Narodowo Liberalnej prezydenta Klausa Iohannisa śmiało można uznać za zwycięzcę politycznego sporu, w efekcie którego doszło do masowych antyrządowych demonstracji. Iohannis od początku sprzeciwiał się decyzjom socjaldemokratów, używając wszelkich dostępnych prezydentowi możliwości. Wtorkowe wystąpienie przed parlamentem było zaś już tylko potwierdzeniem jego zwycięskiej pozycji w batalii z partią, która niespełna dwa miesiące temu otrzymała w wyborach ponad 45% głosów.

Klaus Iohannis parokrotnie brał udział w antyrządowych demonstracjach, co wzbudziło sympatię wśród ich uczestników. Przede wszystkim jednak wykorzystywał możliwości, jakie daje mu prezydentura - skierował m.in. kontrowersyjną ustawę korupcyjną do Trybunału Konstytucyjnego, zapowiedział też referendum w sprawie zapowiadanej przez PSD amnestii dla więźniów. Podzielił tym samym postulaty tysięcy ludzi, którzy regularnie demonstrowali swoje niezadowolenie. Po tym, jak w sobotę premier Grindeanu zapowiedział wycofanie się z przyjętej we wtorkowy wieczór ustawy, doszło do kolejnych rekordowych manifestacji, których uczestnicy domagali się dymisji rządu. I choć obecne demonstracje są bardzo skromne, to za sprawą wystąpienia prezydenta wtorek również nie był szczęśliwym dniem dla socjaldemokratów.

Podczas wystąpienia w parlamencie prezydent powiedział, że PSD wygrało wybory, a co za tym idzie ma pełne prawo do rządzenia krajem. Ich działania nazwał jednak "strategią kamikadze", gdyż nie są one zgodne z przedwyborczymi zapowiedziami. Ocenił, że służą one skorumpowanym politykom, a nie społeczeństwu. Nie podzielił jednak postulatów manifestantów, którzy domagają się dymisji gabinetu kierowanego przez Sorina Grindeanu. Stwierdzi, że rząd musi rozwiązać problem, który sam stworzył, zaznaczając jednak że wycofanie się z kontrowersyjnej ustawy i dymisja ministra sprawiedliwości Florina Iordachu to za mało. Prezydent wyraził też przekonanie, że rządy powinny odbywać się w sposób transparentny i przewidywalny. W trakcie przemówienia spora część posłów PSD wyszło z sali obrad.

Lider rządzącej partii socjaldemokratycznej stał się w minionych tygodniach głównym antybohaterem protestów, które przetoczyły się przez kraj. To właśnie on miał bowiem w opinii demonstrujących stać się głównym beneficjentem nowego prawa, które miało uchronić go od kary za malwersacje finansowe. Sam Dragnea twierdzi zaś, że protesty są profesjonalnie zorganizowane i sprzyjają jedynie wrogom Rumunii.

Lider PSD wskazał na zagrożenia wobec kraju, takie jak ostatnie słowa prezydenta Mołdawii Igora Dodona, który na spotkaniu z Władimirem Putinem ocenił że w Rumunii znajduje się połowa historycznych ziem jego kraju. Nie on jednak jest winny protestom, a nieokreślone siły które wywołały masowe demonstracje dzięki dezinformacji, wykorzystując jedną z ustaw jako pretekst. W tym kontekście wskazał, że brali w nich udział także przedstawiciele międzynarodowych korporacji, które wcześniej wyrażały zaniepokojenie sytuacją w Rumunii.

Dragnea sprawę traktuje na tyle poważnie, że zajęły się nią rumuńskie służby bezpieczeństwa. Będą one między innymi sprawdzać, czy pracownicy zagranicznych firm dostawali wolne lub premie zachęcające do udziału w protestach. Adrian Tutuianu, przewodniczący parlamentarnej komisji ds. służb specjalnych, powiedział wręcz że Rumunia może mieć do czynienia z inspirowaną przez Rosjan wojną hybrydową.

Protesty na ulicach Bukaresztu i wielu innych rumuńskich miast trwają od kilku tygodni. Największe tłumy gromadziły się od wtorku, kiedy to rząd zatwierdził ustawę która doprowadzała do depenalizacji niektórych przestępstw korupcyjnych. W sobotę premier Sorin Grindeanu zapowiedział wycofanie kontrowersyjnej ustawy, jednak manifestacje się nie zakończyły. Wręcz przeciwnie - wczoraj w całym kraju protestowała rekordowa liczba 600 tysięcy osób, które domagały się dymisji rządu.

Fot. Agnieszka Kamyszek