Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

Testimonials

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Sandro Rosell
FC Barcelona President

Polityka

Prezydent Klaus Iohannis ogłosił, że w związku z kontrowersjami dotyczącymi forsowanej przez socjaldemokratyczny rząd ustawy o amnestii będzie się starał o rozpisanie referendum. Ocenił, że mieszkańcy Rumunii powinni mieć prawo do decyzji, w jakim kierunku będą zmierzały zmiany.

Decyzja prezydenta to efekt masowych protestów, które miały miejsce w niedzielę w wielu rumuńskich miastach. Wedle różnych szacunków, w samym Bukareszcie na ulicach znalazło się od dwudziestu do nawet czterdziestu tysięcy osób przeciwnych obecnemu rządowi. Oficjalne pismo w sprawie organizacji referendum trafiło we wtorek rano do obu izb rumuńskiego parlamentu.

Pomysł prezydenta spotkał się z falą krytyki ze strony rządzącej koalicji PSD-ALDE. Liviu Dragnea, lider socjalistów, oskarżył go wręcz o działanie przeciw woli wyborców i stwierdził, że Iohannisowi zależy jedynie na zwiększeniu popularności w obliczu klęski PNL w minionych wyborach, w wyniku których jego partia uzyskała niewiele ponad 20% głosów. Iohannis odniósł się do tych słów mówiąc, że zmiany w prawie karnym nie znalazły się w przedwyborczych zapowiedziach obecnego rządu i dlatego mieszkańcy kraju mają pełne prawo, aby móc o tym zadecydować.

Ostre słowa to jednak nie koniec sporu. Liviu Dragnea ogłosił bowiem, że on także zamierza zorganizować referendum. Chciałby poruszyć w nim kwestię wpisania do konstytucji definicji tradycyjnej rodziny oraz zniesienia immunitetów dla posłów i prezydenta. Dragnea uważa bowiem, że politycy nie mogą stać ponad prawem. Tyle, że na nim samym ciąży już prawomocny wyrok za korupcję.

Pierwsze protesty odbyły się w największych miastach Rumunii w środę. Wtedy w skali kraju na ulice wyszło jednak zaledwie kilka tysięcy osób. Zgodnie z zapowiedziami, w niedzielę wieczorem odbyły się zaś marsze, które pod względem liczebności były jednymi z największych manifestacji po upadku komunizmu. Powodem niepokojów były wątpliwości związane z amnestią, którą rząd zapowiedział dla więźniów odbywających wyroki za drobne przestępstwa. Oficjalnie chodzi o zwolnienie miejsca w mocno przepełnionych zakładach karnych, jednak wiele osób obawia się że na wolność wyjdą też politycy skazani za korupcję.

Marsz rozpoczął się na placu Universității, gdzie w zgromadzeniu wziął udział prezydent Klaus Iohannis wywodzący się z narodowo-liberalnej partii PNL. Następnie uczestnicy skierowali się kolejno do siedzib obu partii koalicyjnych - PSD i ALDE. "PSD [Partia Socialdemokratyczna] - czerwona plaga", "Chcemy sprawiedliwości, nie korupcji" czy "W demokracji złodzieje siedzą w więzieniach" - to tylko niektóre z haseł, które pojawiały się w trakcie demonstracji.

Mało kto spodziewał się aż takich tłumów. W samym Bukareszcie na ulicach protestowało bowiem wedle różnych szacunków od piętnastu do prawie czterdziestu tysięcy osób, zaś w dwa razy mniejszym Klużu od pięciu do dziesięciu tysięcy. Mniejsze manifestacje miały też miejsce w wielu innych miastach, jednak nie miały one aż tak masowego charakteru. Ostatnie tego typu protesty miały miejsce w 2013 roku, kiedy to ludzie wyrażali sprzeciw wobec planów budowy ogromnej kopalni w miejscowości Roșia Montană. Wtedy to w przeciągu kilku tygodni w protestach wzięło udział około dwustu tysięcy osób.

Fot. Irina Barla

Tym razem na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych, choć zdarzenie wyglądało bardzo poważnie. W efekcie pożaru dyskoteka o powierzchni 3000 metrów kwadratowych nadaje się już tylko do rozbiórki, a 38 osób odniosło obrażenia.

21 osób zostało przewiezionych do szpitali, zaś kolejnych 17 dotarło tam o własnych siłach. Można więc mówić o szczęściu w nieszczęściu - zwłaszcza porównując bilans pożaru z tragedią, jaka rozegrała się półtora roku temu w klubie Colectiv. Zginęły wtedy 64 osoby, 147 zostało rannych. Co łączy oba wypadki to fakt, że zarówno właściciele Colectiva, jak i Bamboo nie posiadali aktualnych zezwoleń na prowadzenie tego typu działalności.

"W wyniku pożaru nikt na szczęście nie zginął. Jednakże, byliśmy blisko kolejnej tragedii. Zasady i prawo zostały znowu złamane. Dopóki nie zrozumiemy, że prawo obowiązuje nas wszystkich, społeczeństwo wciąż będzie w niebezpieczeństwie" - tak do pożaru odniósł się prezydent Klaus Iohannis w oświadczeniu opublikowanym na Facebooku.

Do zdarzeń nie odnieśli się jeszcze oficjalnie właściciele klubu. Bamboo Club został otwarty w 2012 roku. Dyskoteka działała przy str. Tuzla 50, na północ od historycznego centrum miasta. Był jedną z najpopularniejszych dyskotek w Bukareszcie. Obecnie trwają prace nad wyjaśnieniem przyczyn pożaru i wskazaniem winnych.

Fot. Bamboo Club

W tak ostrych słowach Cătălin Beciu, jeden z liderów koalicyjnej formacji ALDE, skomentował ostatnie protesty do których doszło w wielu rumuńskich miastach. Słowa polityka wywołały prawdziwą burzę. Tłumaczył potem, że wprawdzie były one nieodpowiednie i stracił panowanie nad sobą, ale... tak samo według niego zachowywali się manifestanci.

W czwartek, podobnie jak dzień wcześniej, protestujący pojawili się w centrach kilku większych miast. Największe demonstracje zapowiadane są dopiero na niedzielę, jednak politykowi ALDE już teraz puściły nerwy:

"Wczoraj w Rumunii odbyło się pierwsze nazistowskie zgromadzenie od siedemdziesięciu lat. Kretyni, którzy woleliby tortury zamiast pozbawiania wolności i obozy koncentracyjne zamiast więzień. Chcą także naruszać konstytucję, która gwarantuje prawo do godności i ludzkiego traktowania. Zwierzęta, brzydzę się wami" - napisał Cătălin Beciu na Facebooku.

Polityk zamieścił później na swoim profilu kolejny wpis, w którym wytykał wady obecnego systemu penitencjarnego. Wskazywał, że nowe prawo ma pozwolić wyjść na wolność wielu ludzi którzy nie zasługują na pobyt w złych warunkach. Tym razem także używał jednak ostrego języka. Dopiero w piątek Beciu pośpieszył z wyjaśnieniami. Pytał, dlaczego miałby iść do więzienia tak jak krzyczą demonstranci. Wznosili bowiem oni antyrządowe hasła w związku z obawami o to, czy nowe prawo nie będzie chroniło skorumpowanych polityków przed odsiadywaniem wyroków. Polityk zastanawiał się, dlaczego tylko jedna strona ma prawo do obrażania swoich przeciwników. Stwierdził też, że konto na Facebooku jest jego miejscem prywatnym i poprzednie wypowiedzi nie były oficjalnym oświadczeniem. Szefowa partii ALDE, Grațiela Gavrilescu, również oceniła że wpisy były jedynie prywatnym zdaniem jej kolegi i mógł mieć po prostu swój gorszy dzień. Przekazała jednak, że zrezygnował on ze swojej funkcji wiceprezesa.

Fot. ALDE

Prezydent Mołdawii stwierdził podczas spotkania z Władimirem Putinem, że Rumunia posiada połowę historycznego terytorium Mołdawii. Stało się to po tym, gdy przywódca rosyjski wręczył mu historyczną mapę tego regionu z końca XVIII wieku. "Jeżeli rosyjskie imperium nie zatrzymałoby się na Prucie, mielibyśmy teraz wielką Mołdawię" - miał powiedzieć Igor Dodon, prorosyjski prezydent tego kraju.

Jego słowa wypowiedziane podczas wizyty w Moskwie wywołały niemały skandal. Tym bardziej, że odnosiły się one do mapy sprezentowanej przez Putina, na której zaznaczone są granice regionu obejmujące jego obecną mołdawską i rumuńską część, wraz z fragmentami Bukowiny i Dobrudży. Prezydent Mołdawii wyraził przy tym wolę współpracy z Rosją. Zaznaczył, że oznacza to zerwanie negocjacji o przystąpieniu jego kraju do Unii Europejskiej. Ocenił, że umowa stowarzyszeniowa nie przyniosła Mołdawianom żadnych korzyści, a jednocześnie stracili oni dostęp do rynku rosyjskiego.

Na słowa prezydenta Dodona zareagował mołdawski premier Pavel Filip, którego rząd - w odróżnieniu od wybranego w ubiegłym roku prezydenta - deklaruje chęć integracji z Unią Europejską. Ocenił on jego słowa jako czystą retorykę i przypomniał, że zakres władzy nie pozwala prezydentowi na podejmowanie tego typu decyzji. Zaprotestowało też rumuńskie MSZ. W oświadczeniu ministerstwa można między innymi przeczytać, że słowa Igora Dodona były "niewłaściwe" i nie przystające do obecnych realiów.

Choć Republika Mołdawii jest teraz samodzielnym krajem, to historycznie jej ziemie wraz ze sporą częścią współczesnej Rumunii należały w średniowieczu do hospodarstwa mołdawskiego. W 1538 roku część krainy przeszła we władanie tureckie, zaś całość w 1812 roku stała się częścią carskiego imperium - tzw. Besarabią. Nie znalazła się więc w obrębie Rumunii po zjednoczeniu księstwa mołdawskiego i wołoskiego pod koniec XIX wieku. Ziemie pomiędzy Prutem a Dniestrem znalazły się w obrębie kraju dopiero po I wojnie światowej, kiedy to rumuńscy przywódcy zagarnęli je wykorzystując chaos będący następstwem rosyjskiej wojny domowej. ZSRR upomniał się o swoje po wybuchu II wojny światowej, potem Rumunia na krótko odzyskała te tereny jedynie w latach 1941-44. W ostatnich latach wielu polityków skłaniało się raczej ku zjednoczeniu obu krajów, choć przeszkodą ku temu jest m. in. nierozwiązana kwestia Naddniestrza czy zapaść ekonomiczna, z którą zmaga się była sowiecka republika. Ponadto społeczeństwo Mołdawii jest podzielone światopoglądowo (na zwolenników integracji z Rosją i Unią Europejską) oraz pod względem przynależności etnicznej.

Fot. Digi24.ro

Łącznie kilka tysięcy osób wyszło na ulice w Bukareszcie i paru innych rumuńskich miastach. Przyczyną protestów były zapowiedzi rządu dotyczące zwolnienia kilku tysięcy osób odbywających kary więzienia. Powodem tej decyzji są przepełnione zakłady karne, jednak wiele osób obawia się, że skorzystają na tym także skazani za korupcję.

Demonstracje odbyły się między innymi w Aradzie, Klużu, Krajowej, Sybinie i Timiszoarze. Największe zgromadzenie odbyło się jednak na placu Universității w Bukareszcie, gdzie pojawiło się około trzech i pół tysiąca osób. Stamtąd tłum wyruszył w kierunku budynków rządowych. Dominowały proste hasła, takie jak "do więzienia, nie do rządzenia" - odnosiło się ono do lidera rządzącej partii socjaldemokratycznej PSD, który został skazany prawomocnym wyrokiem za korupcję. Z tego względu nie mógł on objąć urzędu premiera. Protest w stolicy wsparł między innymi Nicușor Dan, lider opozycyjnego ugrupowania Uniunea Salvați România (Unia Ocalenia Rumunii). Tłumaczył on, że dołączył jako zwykły obywatel, aczkolwiek nie umknęło to uwadze lokalnych mediów.

Manifestanci podejrzewają, że nowe prawo ma w założeniu chronić partyjnych działaczy przed odsiadywaniem wyroków za korupcję. Wątpliwości wzbudził zwłaszcza fakt, że rządowy projekt był omawiany za zamkniętymi drzwiami, bez zapowiedzi jakichkolwiek konsultacji. Tymczasem oficjalny przekaz mówi o tym, że amnestia ma objąć jedynie osoby które popełniły drobne przewinienia, odsiadujące wyroki niższe niż 5 lat. Nie ma jednak dotyczyć skazanych za korupcję i przestępstwa z użyciem przemocy. Po wyjściu na wolność osoby objęte amnestią mają być dodatkowo obciążone karami finansowymi. Powodem pojawienia się tego typu pomysłu jest fakt, iż rumuńskie więzienia są bardzo przepełnione. W niektórych zakładach karnych wyroki odsiaduje dwukrotnie wyższa od dopuszczalnej liczba więźniów. W przyszłości może to z kolei poskutkować wysokimi odszkodowaniami nałożonymi przez Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Fot. Protest po pożarze klubu Colectiv w listopadzie 2015 roku