Assign modules on offcanvas module position to make them visible in the sidebar.

Testimonials

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Sandro Rosell
FC Barcelona President

Turystyka

Znajdująca się w sercu Transylwanii miejscowość od wieków słynęła z wydobycia złota, jednak dopiero współczesne plany uruchomienia olbrzymich kopalni spotkały się z protestami aktywistów i lokalnych społeczności. Można wręcz stwierdzić, że były one początkiem budowania w Rumunii świadomego społeczeństwa obywatelskiego. Czy wniosek o wpisanie wsi na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO powstrzyma rząd i inwestorów?

W okolicy Roșia Montană znajdują się szyby górnicze pamiętające jeszcze czasy rzymskie. W samej miejscowości dominuje zaś zabytkowa XIX-wieczna architektura, choć najstarsze domy pochodzą z wieku XVIII-go. Walka o zachowanie wsi oraz ochronę okolicznej przyrody zaczęła się kilkanaście lat temu, gdy kanadyjska firma Gabriel Resources zapowiedziała eksploatację tamtejszych złóż. Kopalnie miały dać pracę tysiącom mieszkańców, jednak plany inwestora zostały pokrzyżowane przez największe po 1989 roku protesty. Poskutkowały one rozpoczęciem procedury wpisania Roșia Montană na listę UNESCO w 2011 roku, jednak później sprawa przycichła.

Kontynuację procedur związanych z wpisaniem wsi na listę UNESCO zapewnił nieoczekiwanie Dacian Cioloș. Niezbędne dokumenty przedstawiciele jego rządu wysłali tuż przed oddaniem władzy. Przedstawiciel stowarzyszenia Save Rosia Montana zajmującego się ochronąwioski nie popada jednak w przesadny optymizm:

- Wygrywaliśmy tę walkę już wiele razy, ale korporacja wciąż wracała z nowymi sojusznikami i nowymi rządami - powiedział Tudor Bradatan, rzecznik kampanii "Save Rosia Montana", cytowany przez Thomson Reuters Foundation.

Wiele wskazuje więc na to, że wieloletnia batalia o zachowanie transylwańskiej wsi jeszcze się nie skończyła.

Fot. Mihai Gligor

Zestawienie przygotował brytyjski portal Calvertjournal.com, którego redaktorzy zajmują się odkrywaniem krajów byłego bloku komunistycznego - "Nowego Wschodu". Znalazły się w nim miasta z tej części Europy, które według redakcji najbardziej warto odwiedzić.

Transylwański Festiwal Filmowy (Festivalul International de Film Transilvania TIFF), klimatyczne knajpy i kawiarenki, festiwale muzyczne oraz masa studentów - to główne cechy Klużu, którymi zachwycili się redaktorzy portalu Calvertjournal. Zwrócili oni uwagę na fakt, że miasto przyciąga wiele, nie tylko artystycznych, talentów:

"Osobliwa barokowa architektura skrywa podziemne bary, podczas gdy dawne fabryki i stare pałace służą za artystyczne siedziby dla największych krajowych młodych talentów. Kluż jest nie tylko największym hubem dla startupów, lecz także miejscem narodzin pierwszego undergroundowego klubu Elektro, Midi, który od momentu powstania w 2007 roku stał się największym tego typu miejscem w kraju" - czytamy w opisie miasta.

Autorzy zestawienia zwracają też uwagę na fakt, że w mieście co roku odbywa się słynny Untold Festival, którego odwiedzenie jest absolutnym musem dla fanów muzyki elektronicznej.

Więcej na stronie portalu: www.calvertjournal.com

Na polskim rynku wciąż panuje niedostatek książek poświęconych historii krajów ościennych, stosunkowo niewiele jest też pozycji próbujących podjąć trudną i interesującą tematykę stosunków Polski z jej sąsiadami w zeszłym stuleciu. Tym większa szkoda, że zbiór studiów pod redakcją Mariusza Patelskiego i Marka Białokura nie okazał się przedsięwzięciem udanym.

Rumunia to kraj, który wiele łączy z Polską. Położony w Europie Środkowej, przez całe poprzednie stulecie podlegał gwałtownym falom modernizacyjnym, które miały zmniejszyć dystans cywilizacyjny do krajów Zachodu. Liczne są podobieństwa historyczne pomiędzy oboma krajami. Po zakończeniu I wojny światowej Rumunia stanęła przed dużym problemem mniejszości etnicznych, które stanowiły 1/3 ludności kraju, niestabilna była też przez całe dwudziestolecie sytuacja polityczna, często zmieniały się rządy. Stosunki polsko-rumuńskie miały szczególne znaczenie w latach 1921–1939, kiedy to Rumunia była jedynym, obok Łotwy, sąsiadem-sprzymierzeńcem Polski. Wyjątkowo dramatyczny epizod w stosunkach polsko-rumuńskich stanowiło internowanie polskich władz i żołnierzy po wrześniu 1939 r. Po II wojnie światowej Polska i Rumunia znalazły się w bloku sowieckim – obu krajom narzucono komunistyczną dyktaturę oraz „jedyny słuszny” wzorzec modernizacji sterowanej z Moskwy. W końcu, po roku 1989 Rumunia podążyła drogą Polski i weszła w struktury NATO i Unii Europejskiej. Nie dziwi zatem fakt, że stosunki polsko-rumuńskie to bardzo wdzięczny temat dla dociekań naukowych.

Książka pod redakcją Marka Białokura i Mariusza Patelskiego składa się z dziesięciu artykułów, podejmujących rozmaitą tematykę z zakresu historii dwudziestego wieku. Otwiera ją tekst Andrzeja Dubickiego pt. „Ewolucja programowa rumuńskich partii politycznych o charakterze narodowym w latach 1910–1938”. Porusza on tematykę ogromnie ciekawą i w Polsce znaną raczej słabo. Niestety, artykuł wnosi niewiele nowego do badań nad rumuńską sceną polityczną tego okresu, w znacznej mierze opierając się na ustaleniach rumuńskiej literatury przedmiotu. Poglądy nacjonalistyczne w Rumunii, ich ewolucja, a także ogromnie ważne postaci Nicolar Iorgi, Alexandru C. Cuzy czy Corneliu Z. Codreanu stanowią potencjalnie podstawę do bardzo interesujących dociekań porównawczych. Niestety, autor zupełnie nie wykorzystał tej możliwości. Tekst jest przez to dość surowy, a jego główna zaleta leży właśnie w wykorzystaniu rumuńskiej literatury przedmiotu, trudno dostępnej i przez sam fakt bariery językowej często nieużytecznej dla polskich badaczy czy pasjonatów historii. Jednak brak perspektywy porównawczej jest brakiem poważnym – w tekście nie można na dobrą sprawę odnaleźć wątku stosunków polsko-rumuńskich w XX wieku.

Jednym z kolejnych tekstów jest artykuł Mariusza Patelskiego poświęcony peregrynacjom monarchów rumuńskich do Polski w latach dwudziestolecia międzywojennego. Tekst ten oparty jest na przede wszystkim na źródłach prasowych, co pozwalało mieć nadzieję, że odkryty zostanie w nim w interesujący aspekt społecznej recepcji tych wizyt lub też ich reperkusje medialne. Mogłoby to w obu przypadkach stanowić ciekawy punkt wyjścia do szerszych badań na temat głębokości sympatii prorumuńskich w polskim społeczeństwie ery międzywojnia. Niestety, zamiast tego czytelnik otrzymuje kompilację faktograficznych informacji z rozmaitych tytułów prasowych dwudziestolecia, uzupełnioną o podstawowe informacje na temat historii Rumunii w latach 20. i 30. Dla mnie stanowiło to duże rozczarowanie. Jest ono tym większe, że w wypadku wizyty króla Karola II, do której doszło w 1937 r., autor zrezygnował z zaprezentowania szerszego kontekstu działań dyplomacji polskiej i rumuńskiej w bardzo delikatnych zmaganiach o wzmocnienie polskiej pozycji w sytuacji narastających napięć polsko-niemieckich. Informacje o faktycznych skutkach wizyt królewskich zostały z kolei zepchnięte na margines prezentowanych informacji, co także wydaje się zabiegiem mało fortunnym.

Jednym z tekstów poświęconych stosunkom polsko-rumuńskim w czasach II wojny światowej jest artykuł Danuty Kisielewicz. Autorka swój artykuł, poświęcony internowaniu polskich żołnierzy w Rumunii w latach 1939–1941, rozpoczyna od słów: problem internowania żołnierzy polskich w Rumunii został już dobrze rozpoznany i opracowany. Pojawia się wobec tego pytanie: czemu ma służyć kolejny artykuł na ten temat? Wątpliwości pogłębia jeszcze późniejsza deklaracja autorki: niniejszy artykuł napisany został w formie syntetycznej, głównie w oparciu o ustalenia naukowe T. Dubickiego. Przyjęte przez autorkę założenia powodują, że tekst jest wtórny i rzeczywiście stanowi głównie przywołanie tez sformułowanych już przez uznanego badacza tematu. Minimalne uzupełnienia poczynione przez autorkę w oparciu o własne badania archiwalne nie mogą zmienić ogólnego jego obrazu.

Jedynym artykułem poruszającym tematykę Rumunii komunistycznej jest artykuł Małgorzaty Świder pt. „Cisza przed burzą. Rumunia w 1989 roku”. Został on przygotowany w przeważającej części na materiale archiwalnym pozostawionym przez Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, co stanowi tak o sile, jak i o słabości tekstu. Archiwalia Wydziału Zagranicznego KC PZPR zawierają wiele jeszcze nieznanych materiałów. Z drugiej jednak strony, umożliwiają one jedynie uchwycenie polskiego spojrzenia na Rumunię w ostatnim roku rządów Nicolae Ceausescu. Brak źródeł lub choćby opracowań rumuńskich jest tu dojmujący.

Zdecydowanie pozytywnie wśród tekstów zamieszczonych w zbiorze prezentują się studia Roberta Majznera i, wspomnianego już wcześniej, Tadeusza Dubickiego. Autorzy szeroko korzystają w swoich badaniach ze źródeł i opracowań rumuńskich. Pierwszy z nich zajął się syntetyczną analizą działań rumuńskich na Froncie Wschodnim podczas wojny niemiecko-sowieckiej, drugi zaś prześledził polską działalność wywiadowczą na terenie Rumunii w latach 1939–1940. Czytelnik nie będzie miał podczas lektury wątpliwości, że w niniejszym zbiorze nie znalazły się one przypadkowo i napisane są przez znawców tematu, którzy potrafią ciekawie i skrótowo zarysować złożone problemy.

Ocenianie zbiorów studiów jest zdaniem wyjątkowo niewdzięcznym. Rzadko bowiem można powiedzieć, że są to publikacje jednoznacznie dobre lub jednoznacznie złe. Tak jest i w tym wypadku. Mimo to mogę pokusić się o kilka uwag ogólnych, odnoszących się jeżeli nie do wszystkich, to przynajmniej do większości tekstów zamieszczonych w omawianym tomie. Po pierwsze studia te w zbyt małym stopniu odnoszą się do ustaleń historiografii rumuńskiej i do rumuńskich źródeł – w niektórych wypadkach dobór literatury przedmiotu był co najmniej zaskakujący. Po drugie perspektywa badawcza przyjęta przez badaczy w znacznej mierze zniweczyła założenie pisania o stosunkach polsko-rumuńskich. Najczęściej kończyło się na tekście poświęconym Rumunii, ale opartym na polskich opracowaniach lub źródłach. W końcu, teksty zamieszczone w zbiorze sprawiają wrażenie zebranych zupełnie przypadkowo. Poza wątkiem rumuńskim, akcentowanym zresztą w różny sposób, próżno jest próbować zarysować w zbiorze jakąś narrację. Niezrozumiała jest dla mnie niechęć autorów do ujmowania problemów badawczych w sposób porównawczy, trudne do przyjęcia jest także to, że w zbiorze nie pojawił się żaden tekst poświęcony stosunkom polsko-rumuńskim w czasach komunistycznych.

Z jednej strony można więc powiedzieć: dobrze, że ukazała się książka prezentująca historię mało znanej w Polsce Rumunii. Z drugiej jednak strony, pozostają wątpliwości, czy droga przyjęta przez autorów jest właściwa. Polskich naukowców stać jest na teksty lepsze, a polski czytelnik na pewno na nie zasługuje. Chociaż bowiem o Rumunii nie pisze się dużo, to jednak nie można powiedzieć, że nie pisze się nic. Adam Burakowski, Błażej Brzostek, Arkadiusz Meller – to nazwiska tylko niektórych z autorów, którzy zajmują się badaniami naukowymi poświęconymi różnym aspektom historii Rumunii w XX wieku. W konsekwencji trudno jest mi z satysfakcją przyjąć publikowanie zbioru dość przypadkowo zebranych studiów, wśród których nie brakuje tekstów po prostu słabych.

Autor: Michał Przeperski

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu historycznym Histmag.org. Materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska (CC BY-SA 3.0).

Od początku grudnia czas kierowców spędzany na ulicach zakorkowanego Bukaresztu umilają 3 miliony świątecznych świateł. Migocące dekoracje ciągną się ulicami przez 29 kilometrów, w 52 lokalizacjach miasta. Warto jednak raz na jakiś czas porzucić wszelkie środki komunikacji i skorzystać z tego wyjątkowego, świątecznego nastroju. Długi, wieczorny spacer w takiej scenerii to idealny sposób na spędzenie wolnego czasu.

Od Bd. Aviatoilor, wzdłuż Bd. Catargiu, a następnie Bd. Magheru, korytarz utworzony ze świątecznych lampek prowadzi do okazałego obiektu świetlnego w kształcie prezentu świątecznego przy Piata Universitate.

Do 30 grudnia, przy Piața Constituției din Capitală funkcjonuje targ świąteczy, Târgul de Crăciun. Nabędziemy tam wszelkiego rodzaju wyroby tradycyjne i nie tylko. Od spożywczych, przez rękodzieła, bibeloty, antyki, do pospolitych artykułów codziennego użytku. Podczas zakupów można uraczyć się kubkiem gorącego, aromatycznego wina lub zakąsić sorici.

Świąteczne światła zdobiące Bukareszt w tym roku, zostały zaliczone do jednych z najpiękniejszych w Europie. Zarówno mieszkańcy, jak i turyści mają jeszcze trochę czasu, aby móc się nimi nacieszyć.



Agnieszka Kamyszek

Podczas gdy muzyczny krajobraz Zachodniej Europy rozwijał się w szybkim i niczym nie zakłóconym tempie, Wschodnia Europa zatopiona była w mroku orwellowskiej, spełnionej przepowiedni. Trudności, z jakimi zmagały się zachodnie zespoły, radiowcy i w ogóle ludzie kultury były niczym w porównaniu z barierami, które musieli każdego dnia przełamywać artyści z tej "gorszej" części starego kontynentu. Wielu z nich było obdarzonych wielkim talentem, nie mniejszym niż brytyjskie czy amerykańskie gwiazdy. W Polsce, na Węgrzech czy w Rumunii nie brak było ludzi uzdolnionych, tworzących genialne dzieła. Nigdy jednak nie mieli szans na to by zabłysnąć i pokazać w pełni swoje talenty. Dziś można już tylko spekulować, jak potoczyłyby się ich losy, gdyby żyli w wolnym kraju. Niestety zmagali się z problemami, które dla ludzi Zachodu były niewyobrażalne. Zdarzało się, że w służbie rocka ryzykowali własne życie. Posłuchajcie tragicznej opowieści o jednym z nich.

Rumunia lat 70. to jedno z tych miejsc, w których bycie rockmanem nie należało do przyjemnych zajęć. Każda aktywność kulturalna musiała przejść przez sito ostrej cenzury. Wszechobecne służby bezpieczeństwa chętnie korzystały ze swojej władzy. Długowłosy fan rocka musiał szczególnie mieć się na baczności. Policja często biła takich delikwentów, zdarzały się przypadki gwałtów na dziewczynach. Rumunia była niemal całkowicie izolowana od świata. Jej w zasadzie jedynym oknem na świat była audycja Metronom nadawana przez Radio Romania od 10 maja 1967 roku.

Na ulicach rumuńskich miast w niedzielne popołudnia młodzieży było niewiele. Wszyscy siedzieli przed radioodbiornikami i słuchali tej legendarnej audycji prowadzonej przez Cornela Chiriaca i Geo Limbăşanu. Pomimo tego, że cenzura uważnie śledziła każde słowo wypowiedziane przez prezentera radiowego, a lista nagrań musiała zostać zatwierdzona przez "czynnik partyjny" Metronom był tym jedynym miejscem w eterze, gdzie można było usłyszeć najnowsze wieści ze świata muzyki popularnej i jazzu. To dzięki niemu rumuńska młodzież usłyszała o Hendrixie, Dylanie i innych zachodnich gwiazdach tamtego okresu. Cornel często musiał przemycać płyty z amerykańskiej ambasady, aby zaprezentować je słuchaczom.

Cornel Chiriac w berlińskim studio Radia Wolna Europa. Fot. Linda Schuster

Cornel już we wczesnej młodości nocami studiował wszelkie dostępne informacje o muzyce, swój debiut radiowy zaliczył w wieku 22 lat, prowadząc audycję Jazz of Yesterday and Today (później Jazz magazine). Jazz stał się jego największą pasją. Słynne są własnoręczne zapiski Cornela, które podobno do dzisiaj stanowią źródło wiedzy o rumuńskich jazzmenach tamtych lat. Człowiekiem, który umożliwił Cornelowi wstęp do ramówki radia miał być zresztą jeden z nich - Johnny Raducanu. Znany już wówczas jazzman postarał się o to, by Cornel znalazł miejsce wśród nowo powstałego oddziału muzyki jazzowej rumuńskiej rozgłośni radiowej.

Niektórzy z Was mogą pomyśleć, że skoro w tak ciężkich warunkach człowiekowi udaje się zrobić tak wiele, to musi pójść na jakieś ustępstwa, a może nawet na współpracę z władzami. Nic z tych rzeczy. Cornel był typem bojownika, przez co systematycznie narażał się reżimowi. Znane jest jego powiedzenie, którym zwykł witać agentów przesiadujących w siedzibie radio: "czego tak wypatrujecie, miernoty?" Najpoważniejszy incydent miał miejsce w roku 1968 podczas interwencji wojsk ZSRR w Czechosłowacji. Chiriac najpierw puścił w eter balladę opowiadającą o tym jak stado wilków atakuje bezbronna owcę. Jako kropkę nad i słuchacze otrzymali "Back in the U.S.R.R." Betlesów. Bez żadnych komentarzy. Skutki tego posunięcia były fatalne. Co prawda cenzor, który nie znał angielskiego, nie zrozumiał całej sytuacji, jednak sprawa i tak dotarła do władzy. W efekcie Metronom został zdjęty z anteny.

Niedługo potem odbywał się w Brasov Golden Stag Festival, podczas którego miał również wystąpić zespół, któremu patronował Cornel - Phoenix. W tamtym czasie Phoenix był już najlepiej znanym rumuńskim zespołem, choć jak pokazały późniejsze lata, jego najlepsze momenty dopiero miały nadejść. Niemal w ostatniej chwili władze zakazały występu grupy. Członkowie Phoenixa byli trzymani pod kluczem przez agentów tajnej policji Securitate w pokoju hotelowym. Cornel próbował jeszcze pertraktować - bez efektów. Wobec tego na znak protestu zamknął się w pokoju hotelowym i podpalił zasłony. Zamieszanie, jakie powstało po wtargnięciu ekip ratunkowych pozwoliło mu wymknąć się z budynku i słuch o nim zaginął. Dopiero potem okazało się, że Cornel od dłuższego czasu planował ucieczkę na Zachód a festiwal był doskonałą okazją do tego.

Nieco inną wersję przedstawiono w audycji RWE poświęconej Cornelowi. Według wspomnień ludzi, którzy z nim pracowali Cornel dostał zaproszenie na festiwal w Czechosłowacji, które przerobił tak, by dotyczyło również Austrii. Na tej podstawie otrzymał paszport i wydostał się Rumunii. Mniejsza o to, która z tych wersji jest prawdziwa. Pewne jest, że Cornel najpierw trafił Austrii. Podczas pobytu w obozie dla uchodźców zainteresował swoją osobą dyrektora Radia Wolna Europa Noela Bernarda i tak zaczęła się jego przygoda z rumuńską sekcją tegoż radia. W RWE Cornel nie tylko reaktywował legendarnego Metronoma, ale prowadził również dwa inne programy - Jazz magazin i Jazz a la carte. Od samego początku pojawiły się jednak problemy, ponieważ prezenter nader często dawał wyraz swojej frustracji i złości. Systematycznie dochodziło do sporów z innymi prezenterami, raz nawet do regularnej bijatyki na pięści pomiędzy Cornelem a radiowym kolegą. Pomimo tego, Cornel nie musiał obawiać się o swoją pozycję. Bez wątpienia był największą gwiazdą rumuńskiej sekcji RWE. Poza granicami kraju Chiriac stał się jeszcze groźniejszy dla systemu niż wtedy, gdy reżim miał go pod ręką. Nie tylko mógł wygłaszać swoje oskarżenia pod adresem dyktatorskich rządów, ale również stał się postacią kultową dla rumuńskiej młodzieży, która wychowywała się na jego audycjach, na jego słowach...

Był jednak coraz bardziej sfrustrowany i coraz bardziej samotny. Tęsknił za swoją ojczyzną. Czasami sięgał po kieliszek, często zostawał na noce w studio radiowym. Choć był niezwykle popularny wśród rumuńskich uchodźców, jak i młodzieży w Rumunii, dla obywateli państw zachodnich był jeszcze jednym, zwyczajnym uchodźcem o nieco dziwacznym wyglądzie (długie czarne włosy i broda). Nigdy nie nauczył się dobrze władać językiem niemieckim, bo audycje prowadził w języku rumuńskim i obracał się w towarzystwie swoich rodaków. Regularnie otrzymywał pogróżki od rumuńskich agentów. Nie wydawał się jednak zastraszony i chyba nikt nie spodziewał się tego, co miało nastąpić.

4 marca 1975 roku ciało Cornela Chiriaca zostało znalezione przy jego samochodzie na parkingu w Monachium. 12 ciosów nożem przerwało jego życie. Sprawcą okazał się młody chłopak, który przyznał się do zbrodni na tle rabunkowym. Nie udowodniono żadnych powiązań politycznych. Śledztwo dziennikarskie przeprowadzone przez przyjaciół Cornela przyniosło jednak inne rezultaty. Wg dziennikarzy chłopak dobrze znał zachowania Cornela i wiedział, że ten nigdy nie odmawia pomocy. Gdy więc poprosił prezentera o parę groszy na jedzenie, Cornel bez wahania zaprosił go na obiad. Potem zabójca poprosił o podwiezienie. Ponadto ustalono, że za zabicie Cornela chłopak dostał pieniądze. Poza tym nic jednak nie wiedział. Taki scenariusz pasował idealnie do sposobu, w jaki reżim usuwał swoje ofiary. Często posługiwano się zwyczajnymi opryszkami, by nikt nie mógł skierować oskarżeń wobec rządów Ceausescu. Dlatego wielu Rumunów nadal wierzy, że zabójstwo było aktem zemsty reżimu*. Po jego śmierci w kręgach intelektualistów zapanował smutek. Młodzież na znak żałoby nosiła pod mundurkami czarne wstążki. Ciało Cornela zostało skremowane w Monachium i przewiezione do Bukaresztu, gdzie został pochowany. Na grobie umieszczono napis: Make love not war. Zaraz po pogrzebie funkcjonariusze bezpieki starannie usunęli wszystkie wieńce z jego grobu...

Do dnia dzisiejszego Cornel Chiriac to najbardziej znana osobistość radiowa w Rumunii. Jego wkład w muzyczny krajobraz tego kraju jest bezdyskusyjny. Na prowadzonych przez niego audycjach wychowały się tysiące ludzi, dzięki niemu mieli w domu chociaż mały skrawek tego wymarzonego wolnego świata.

"Make love not war". Fot. Linda Schuster

*Domniemane powiązania Securitate ze zgonem Cornela nie były odosobnionym przypadkiem. W 1981 roku nieznany sprawca próbował zamordować innego popularnego dziennikarza rumuńskiej sekcji Radia Wolna Europa - Emila Georgescu. Napastnik miał wypowiedzieć zdanie: po to, abyś nigdy więcej nie pisał. Georgescu dzięki natychmiastowej pomocy medycznej cudem uniknął śmierci, jednak nigdy nie wrócił do dawnej formy i jak sam wspominał, żył w ciągłym strachu. Napastnika nigdy nie schwytano. Kolejny niewyjaśniony przypadek z tego samego roku to śmierć Bernarda Noela, szefa rumuńskiej sekcji RWE. Choć oficjalną przyczyną zgonu był nowotwór, do dziś niektórzy święcie wierzą w to, że Bernard został napromieniowany przez tajną policję. Zbiegły w 1978 do USA generał tajnej policji Ion Pacepa twierdził, że sam Ceausescu wydał mu rozkaz zamordowania Bernarda Noela, a w swojej książce wspomina, jak dyktator wydał rozkaz opracowania przenośnego urządzenia napromieniowującego specjalnie po to, by zlikwidować Noela. Być może po ucieczce Pacepy ten rozkaz otrzymał ktoś inny. Bez względu na to, w ilu takich przypadkach Securitate naprawdę maczała palce, jedno można stwierdzić z całą pewnością - była zdolna do wszystkiego. Dowodem na to twierdzenie jest akt terroryzmu, jaki miał miejsce 21 lutego 1980 roku, kiedy słynny zabójca Carlos wysadził część budynku rozgłośni RWE, która nadawała w tym czasie część wspomnień generała Pacepy. Dziś już z całą pewnością wiadomo, że zleceniodawcą Carlosa była właśnie rumuńska tajna policja.

Tommy, RockMagazyn.pl

Portal Politico zaprezentował listę 28 najbardziej wpływowych osób w Europie. Wśród nich znalazł się Marian Godina - policjant z Braszowa. Co spowodowało, że ten z pozoru zwykły stróż prawa znalazł się na tej samej liście, co Jarosław Kaczyński, Recep Erdogan czy Sadiq Khan?

Historia trzydziestoletniego policjanta zaczęła się dość zwyczajnie. Odebrał on bowiem prawo jazdy kierowcy, który niemal rozjechał pieszego na pasach. Po tym zdarzeniu Godina wróciłby zapewne do swych obowiązków, gdyby nie awantura jaką zrobiła mu pasażerka pojazdu. Kobieta oznajmiła bowiem, że jest szefową lokalnego oddziału Czerwonego Krzyża i doskonale zna szefów policjanta. Potwierdził to zresztą przełożony Godiny, a ten... opisał tę sytuację na Facebooku.

Nie trzeba było długo czekać na rozwój wydarzeń. W przeciągu tygodnia pojawiły się prokuratorskie zarzuty, szef Mariana Godiny został usunięty ze stanowiska, a on sam... stał się gwiazdą internetu, której posty śledzi już niemal 400 tysięcy użytkowników. Braszowski policjant porusza w nich różne sprawy - związane zarówno z codziennym życiem jak i sytuacją w kraju.

Ta słodko-gorzka lektura zmotywowała więcej osób do przeciwdziałania korupcji. Czy popularność Godiny coś zmieni? Być może jego czyn będzie pierwszym kamyczkiem, który ruszy lawinę. Marian Godina przyznał, że otrzymuje on na ten temat wiele wiadomości od swoich kolegów po fachu z całego kraju. Sam nie uważa się jednak za gwiazdę - nadal wykonuje swoją pracę, wydał też książkę dla dzieci poświęconą ruchowi drogowemu.

- W przyszłości widzę siebie nadal jako policjanta i pisarza, ale nigdy nic nie wiadomo. Wystarczy spojrzeć, jak wiele zmieniło się przez rok. Nauczyłem się nie snuć długoterminowych planów - zdradza Marian Godina, cytowany przez portal Politico.